Wyszłam za mąż, gdy miałam 20 lat. Mój narzeczony i jego syn przyjęli mnie jako członka rodziny.

Wyszłam za mąż w wieku 20 lat, Maciek miał już 3-letniego syna z poprzedniego związku. Jego rodzina zaakceptowała mnie i czułam się kochana. Chciałam od razu adoptować Pawełka, bo jego matka nie miała z nimi żadnego kontaktu, ale Maciek nie brał tego pod uwagę. Powiedział, że na wszystko przyjdzie czas, nie odpowiedziałam mu nic, ale było mi przykro.

Jego historia, jeśli nie mówić o szczegółach, jest stara jak świat. Młody, naiwny, zakochał się, dowiedział się, że zostanie ojcem, ukochana urodziła dziecko, a potem rozpłynęła się w powietrzu zostawiając Pawełka z ojcem. Jak tylko poznałam syna Maćka, pokochałam go od razu, wiedziałam, że stworzymy rodzinę, nie myślałam nawet, że mogłoby być inaczej. Może nie jestem jego biologiczną matką, ale nie geny się liczą. Rok po ślubie otrzymałam najcenniejszy prezent – urodziłam córkę. Nie mogłam być bardziej szczęśliwa! Miałam wspaniałego męża, syna i córkę.

Co jeszcze jest potrzebne kobiecie do szczęścia? Mamy gdzie mieszkać, nie jesteśmy głodni, nie mamy zmartwień, mąż jest dla mnie delikatny i czuły, a to znaczy, że wszystko jest w porządku. Moje szczęście jeszcze się powiększyło – dwa lata później urodziłam syna! Byłam gotowa biegać po mieście i mówić wszystkim, jaką jestem szczęśliwą kobietą! Mam córeczkę i dwóch synów.

Najstarszy syn miał ponad 6 lat. Czuły maluch, pomocny we wszystkim, od razu nazwał mnie mamą i uznał za swoją rodzoną matkę – biologiczną. Co może rozumieć dziecko, które ma 3 lata? Myślał, że zawsze przy nim byłam. Kilka razy próbowałam rozpocząć z mężem rozmowę o adopcji, ale jedyne co słyszałam to ta sama odpowiedź: „Wszystko w swoim czasie”. A potem, gdy najstarszy skończył sześć lat i niedługo miał iść do szkoły, sam mnie zapytał, czy nadal chcę adoptować Pawełka, byłam taka szczęśliwa! Załatwiliśmy formalności i oficjalnie stałam się mamą Pawła, byłam mamą trójki dzieci! Zapytałam później Maćka dlaczego nie zgodził się na to wcześniej. Odpowiedział mi, że się obawiał. Bał się, że nie będziemy mieszkać razem, że się rozstaniemy, albo, że jeśli będę miała z nim dzieci, to zmienię relacje z jego najstarszym dzieckiem. Po prostu obawiał się wszystkiego. Na początku byłam zła, ale potem zastanawiałam się, czy ja też bym się go bała. Już raz został zraniony, zrozumiałam wszystko. Wybaczyłam mu i znów jestem szczęśliwa w domu! Jak miło!

Od tego czasu minęło wiele lat. Najstarszy syn ma teraz 19 lat, córka 16, najmłodszy syn 14. Starszy kończy właśnie liceum, bardzo dobrze się uczy, niedługo idzie na studia. Moja duma, mój syn, on jest takim dobrym chłopcem! Wybiera właśnie uczelnię, chce zamieszkać sam, ale to zrozumiałe, ciągnie go do wolności. To poważny facet, jest bardzo odpowiedzialny. Przy odrobinie szczęścia, jeszcze przed jego 20-tymi urodzinami damy mu wyjątkowy prezent. Długo odkładaliśmy i chcemy kupić mu kawalerkę. Ale jest coś, co mnie niepokoi. Pewnego popołudnia kiedy Paweł wrócił do domu (musi do szkoły dojeżdżać autobusem, bo u nas w mieście nie ma liceum), poszedł do kuchni i robił z ojcem obiad. Córka wyszła z koleżankami, a najmłodszy syn siedział przed telewizorem. Ja siedziałam w gabinecie i miałam otwarte drzwi, mimochodem usłyszałam rozmowę Pawła z Maćkiem. Może wzrok mam słaby, ale słuch jeszcze całkiem niezły.
Paweł mówił tacie, że od kilku miesięcy na przystanku obserwuje go jakaś kobieta. Nie podchodząc oczywiście, ale po prostu stojąc w pewnej odległości.

Zaczął nawet chodzić główną ulicą, gdzie jest więcej ludzi. Aż wstałam z krzesła z emocji! Od razu zadzwoniłam do pracy i zgłosiłam, że nie będzie mnie w poniedziałek. Minęły dwa dni, a w poniedziałek poszliśmy odprowadzić syna na przystanek, żeby popatrzeć na tę kobietę. Czekała niedaleko i obserwowała nas. Jak tylko ją zobaczyłam, od razu zbladłam i zrobiło mi się słabo, choć nie zdarza mi się to. Stało się jasne, matka Pawła się odnalazła. Nie rozumiem tylko jak Paweł mógł nie zauważyć tego podobieństwa, chociaż w sumie nigdy jej nie widział i nie miał pojęcia, że istnieje jakaś druga mama. Myślę, że jak tylko Paweł wsiądzie do autobusu, pójdziemy z nią porozmawiać i dowiedzieć się czego chce. 19 lat jej nie było, a tu proszę. Ale, gdy tylko się rozejrzałam, jej już nie było. Minęły prawie dwa tygodnie, odkąd o niej wiemy i ani razu się nie pojawiła. Za to w kolejny piątek około godziny 19.00 przyszła do nas do domu. Już od wejścia krzyczała: „Witaj, mój synu, jestem twoją matką!”.

„Matką?! Co z ciebie za matka?! Gdzie byłaś przez ostatnie 19 lat? Gdzie byłaś kiedy jako 18-letni facet zostałem sam z noworodkiem? Kiedy wszyscy się ode mnie odwrócili? Gdzie wtedy byłaś, matko?! A jak mały dusił się o 3 nad ranem, a ja biegałem po szpitalach walcząc o jego życie, to co robiłaś?” Mój syn stał zszokowany, mąż był bliski rozpaczy, a ja miałam tylko jedno w głowie: rozerwać ją na strzępy i zakończyć to przedstawienie. Paweł odwrócił się wtedy do mnie i powiedział: „Mamo, co oni mówią, nie jesteś ze mną spokrewniona?”.  A ja nie mogłam znaleźć żadnych lepszych słów i powiedziałam tylko: „Jestem twoją matką, ale nie biologiczną”. Czy wiesz, co zrobił mój syn? Podszedł i przytulił się do mnie! Wtulił się we mnie jak mały chłopiec, oplótł ramionami moją szyję i powiedział cicho do mojego ucha: „Jesteś moją jedyną matką”.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.  

Related Posts