Irena była oszczędna. Tak, oszczędzała wyłącznie na sobie, nie miała wielkich potrzeb, dzięki czemu miała teraz pieniądze na badania.

Irena obudziła się z uczuciem bólu… Bolał ją lewy bok a cała skóra płonęła. “Zachorowałam…”- odbiło się echem w skroniach a ból znów pulsował gdzieś w plecach.

Mąż chrapał spokojnie obok. Irena spojrzała na tak znajomą a jednocześnie tak obcą twarz. Kiedy stało się obca? Po prawie 12 latach małżeństwa Irena nie mogła sobie przypomnieć, kiedy jej mąż przestał traktować ją jak kobietę. Teraz była raczej tylko służącą.

Wybaczająca, wyrozumiała, spokojna, sumiennie wykonująca swoje obowiązki, potrzebna do tego, by okazywać zrozumienie i doceniać. Ból znów pojawił się na jej uroczej twarzy i ukrył się gdzieś w kącikach zmęczonych oczu.

Musi wstać. Poranek znów był zimny, na dworze -15 stopni a ona nie ma ciepłej kurtki. Kiedy przebąkiwała do męża o zakupie cieplejszej niż ta, w której chodziła już od kilku lat, Marek tylko cedził przez zęby:”i w tym sezonie dochodzisz, zima już się kończy, potem kupimy, nie mam teraz pieniędzy”.

Chodziła więc dalej w cienkiej, typowo jesiennej, mocno już zużytej kurtce. Irena poczuła, jak ciepło rozlewa się po całym jej ciele, wstawanie było trudne i bolesne.

Postanowiła obudzić Marka.

– Marek, źle się czuję, zabierz Martynkę do przedszkola, pilnie potrzebuję lekarza, tym razem to coś poważnego…

Mąż był niezadowolony i niechętnie otworzył oczy.

– To co? Zabierz córkę do przedszkola a potem idź do przychodni, jaki problem? A ja chcę spać. Jestem zmęczony. W końcu pracuję! – Marek ostentacyjnie odwrócił się do niej plecami.

– Marek, daj chociaż pieniądze. Na pewno dostanę skierowanie na badania i receptę na jakieś leki.

– A ty myślisz, że ja Rockefeller? Mówiłem ci, że nie mam pieniędzy. Ogólnie rzecz biorąc, w przychodni rejonowej wszystko jest bezpłatne. Idź i rób, co chcesz.

Irena płakała cicho. To chyba wszystko – pomyślała. Wyjaśnianie mężowi, że na bezpłatne badania będzie musiała czekać kilka tygodni było bezcelowe. Podobnie jak fakt, że łatwiej jest wezwać karetkę, szybciej dotrze do szpitala…

Poszła do pokoju dziecinnego, obudziłą Martynkę, po czym zastanowiła się i podeszła do komody, w której trzymała w ukryciu swoje skromne oszczędności i zabrała stamtąd kilka banknotów. Marek coraz częściej odmawiał jej prośbom o pieniądze na jakieś domowe potrzeby. A ona zarabiała niewiele, cała jej pensja szła na opłaty za mieszkanie, przedszkole i zajęcia dodatkowe córki.

Irena była oszczędna. Tak, oszczędzała wyłącznie na sobie, nie miała wielkich potrzeb, dzięki czemu miała teraz pieniądze na badania.

Wyszła wraz z córką na ulicę i aż cała się zatrzęsła – wiał lodowaty wiatr i siekł gradem po twarzy.

Dobrze, że do przedszkola było bardzo blisko, 10 minut spacerkiem. Podczas gdy córka się rozbierała, Irena ze zmęczeniem zatrzymała się przy szafce i zamknęła oczy.

– Pani Ireno, źle się Pani czuje? – jak przez sen usłyszała zaniepokojony głos wychowawczyni.

– Nie, nie, proszę się nie martwić, wszystko jest w porządku — odpowiedziała Irena i pospiesznie wyszła, podążając w stronę przystanku. Zdążyła akurat na autobus, który po 15 minutach dowiózł ją prywatnej kliniki.

Po zarejestrowaniu się na wizytę u lekarza udała się na piętro, gdzie znajdował się gabinet. Ledwo się tam wspięła. Przed gabinetem była mała kolejka. Irena usiadła na ostatnim wolnym miejscu, zapytała, kto jest ostatni i… przed jej oczami wszystko się rozpłynęło…

Obudził ją zapach amoniaku i zdała sobie sprawę, że krząta się przy niej dwóch lekarzy. Wzięli ją pod ramiona i zaprowadzili do gabinetu.

– Ostre odmiedniczkowe zapalenie nerek. – Lekarz poprawił okulary na nosie i ponownie najechał przyrządem do usg na jej od dawna bolący lewy bok. – A poza tym, kochanie, masz gorączkę, bardzo wysoką! Muszę ci przepisać antybiotyki w zastrzyku. Zaraz zrobimy pierwszy a resztę musisz wykupić w aptece.

Do gabinetu weszła pielęgniarka, po czym Irena poczuła ukłucie i zamknęła oczy.

Po otrzymaniu recepty zapłaciła za wizytę, zeszła do holu przychodni, tam, naprzeciwko szatni, znajdowała się apteka. Za pozostałe pieniądze Irena kupiła strzykawki i lekarstwa. Żółwim krokiem wracała do domu.

Po wejściu do mieszkania poczuła zapach jajecznicy, co oznaczało, że Marek już nie spał. Myślała tylko o tym, żeby się położyć. Wzięła termometr i usiadła w rogu sofy, rozprostowując obolałe nogi.

Dziesięć minut później mąż wszedł do pokoju.

– Już wróciłaś? To dobrze. Przez ciebie musiałem sam sobie zrobić śniadanie. Idź do kuchni i posprzataj a później usmaż mi ryb, wezmę ze sobą do pracy.

Irena wyciągnęła termometr. Kolumna rtęci zatrzymała się na „39,5”. Pokazała mężowi termometr.

– Marek, idź dzisiaj bez ryby, weź ze sobą coś innego. Jestem chora, lekarz powiedział, że to odmiedniczkowe zapalenie nerek, muszę się położyć.

Irena zamknęła zmęczone oczy ale natychmiast otworzyła je szeroko, gdyż nad jej uchem rozległ się krzyk.

– Myślisz, że jak masz 39,5 … to ja głodny mam iść do pracy?! – krzyknął mąż… idź do kuchni! Nie rozpadniesz się! I tak siedzisz w domu, podczas gdy ja tyram od rana do wieczora na twoje zachcianki!

„Na moje zachcianki?!”- chciała zapytać męża czy pamięta, jak odmówił jej kupna zimowej kurtki… Ale zamiast tego po prostu odwróciła się.

Nie chciała już widzieć twarzy człowieka, który kiedyś był kochany i opiekuńczy… A teraz stał się obcy i samolubny…

Zdarzało się to coraz częściej. Obrażał ją, przepraszał i obrażał ponownie.

Kiedy mąż w końcu poszedł do pracy, Irena zadzwoniła do szefowej i poprosiła o tydzień bezpłatnego wolnego. Ta, wyczuwając, że coś jest nie tak, dała jej urlop i powiedziała, żeby Irena się nie spieszyła z powrotem, tylko do końca się wykurowała.

Kiedy Marek wrócił do domu, nie zastał w nim ani żony, ani córki. Zniknęły również ich wszystkie rzeczy.

Tylko na kuchennym stole stało danie z pięknie ułożoną smażoną rybą i notatką: „Żegnaj, Marek.”

***

P. S.: Irena nie wróciła do męża. Chociaż próbował ją odzyskać. Nie mogła wybaczyć mu jego bezduszności i egoizmu. Dwa lata później wyszła ponownie za mąż. Od ponad ośmiu lat ona, jej mąż i jej córka są razem szczęśliwi.

Chcę coś dodać.

Ta historia nie jest fikcją. Ale jako autorka zastrzegłam sobie prawo do nieco artystycznego podkolorowania jej. Mam nadzieję, że wybaczycie mi ten mały grzech?

Większość treści to opisy dyktowane przez bohaterkę.

Napisanie, że mąż oskarżył Irenę ,że „siedzi w domu” to mój błąd jako autora. Trzeba było wyjaśnić, że nie uważał jej pensji za coś poważnego, mimo że płaciła za mieszkanie i przedszkole córki. Marek zawsze szczerze uważał się za głównego żywiciela rodziny i nie brał pod uwagę faktu, że żona też pracuje. Rzeczywiście zarabiał dwa razy więcej niż jego żona. Przegapiłam ten moment. Ale nie jestem profesjonalnym pisarzem, przepraszam za błędy.

Szczęście Ireny, że miała przyjaciół. Miała koleżankę z klasy, której mieszkaniem opiekowała się, gdy wyprowadziła się od męża do innego miasta. Tak się złożyło, że akurat stało puste, koleżanka pozwoliła jej w nim mieszkać, stawiając za warunek jedynie opłatę czynszu. Szczęśliwy zbieg okoliczności.

Ale nie napisałam tej historii, żeby kogoś oczernić czy wywołać niezdrowe poruszenie.

Napisałam ją, by przestrzec kobiety, żeby nie zachowywały się tak jak Irena. Żeby dbały o siebie i swoje zdrowie, nie stając na głowie w celu zadowolenia męża, zaniedbując przy tym siebie. Nawet jeśli macie anielską cierpliwość, prędzej czy później pękniecie a cierpliowść się skończy.

Po prostu dbajcie o siebie i swoich bliskich!

Related Posts

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *