Nikt nie zapłacze.

Staruszek z trudem wstał z łóżka i trzymając się ściany poszedł do sąsiedniego pokoju. W świetle nocnej lampy, przyćmionymi oczami spojrzał na swoją leżącą małżonkę:

„Nie rusza się! Czy nie umarła?” padł na kolana. „Wydaje się, że oddycha”.

Wstał i powoli poczłapał do kuchni. Wypił kefir, poszedł do toalety i udał się do swojego pokoju.

Położył się na łóżku. Nie śpi:

„Irena i ja mamy po dziewięćdziesiąt lat. Ile jeszcze będziemy żyli?! Wkrótce umrzemy a nikogo nie ma w pobliżu nas. Córka, Halina, zmarła, nie miała jeszcze sześćdziesięciu lat. Marek zmarł w więzieniu. Jest wnuczka, Ola, która mieszka w Niemczech od dwudziestu lat. O dziadku i babci nie pamięta. Ma już dzieci, prawdopodobnie duże”.

Nie zauważył, jak zasnął.

Obudził go dotyk dłoni:

– Krzysiu, żyjesz? – rozległ się cichutki głos.

Otworzył oczy. Pochylała się nad nim żona.

– Co ty, Irena?

– Patrzę: nie ruszasz się. Przestraszyłam się i pomyślałam, że umarłeś.

– Żyję jeszcze! Idź spać!

Rozległy się szurające kroki. Usłyszał, jak zapala się światło w kuchni.

Irena wypiła wodę, poszła do toalety i udała się do swojego pokoju. Położyła się na łóżku:

„Tak, pewnego dnia się obudzę a on nie będzie żył. Co zrobię? A może umrę wcześniej. Krzysiek już zamówił nasz pogrzeb. Nigdy bym nie pomyślała, że można zorganizować swój pogrzeb. Z drugiej strony to dobrze. Kto nas pochowa? Wnuczka zupełnie o nas zapomniała. Sąsiadka, Paulina, ma klucz do naszego mieszkania. Dziadek daje jej tysiąc złotych z naszej emerytury, żeby robiła nam zakupy w sklepie i aptece.Z czwartego piętra nie zejdziemy sami.”

Krzysztof otworzył oczy. Przez okno zaglądało słońce. Wyszedł na balkon. Widział zielony wierzchołek czeremchy. Na jego twarzy pojawił się uśmiech:

„Oto i do lata dożyliśmy!”

Poszedł odwiedzić żonę. Siedziała zamyślona na łóżku.

Irenka, przestań się smucić! Chodź, pokażę ci coś.

– Och, nie mam siły! – staruszka z trudem wstała z łóżka. – Co tam wymyśliłeś?

– Chodź, chodź!

Podtrzymując ją za ramiona, doprowadził ją na balkon.

– Patrz, czeremcha zielona! A ty mówiłaś: nie dożyjemy lata. Dożyliśmy!

– Naprawdę! I świeci słońce.

Usiedli na ławeczce ustawionej na balkonie.

– Pamiętasz, jak zaprosiłem cię do kina? Jeszcze wtedy w szkole. Tego dnia czeremcha również pokryła się zielenią.

– Pamiętasz o tym? Ile lat minęło od tego czasu?

– Siedemdziesiąt … siedemdziesiąt pięć.

Długo pamięta się młodość. Wiele na starość się zapomina, czasem nawet to, co się wczoraj robiło a młodość nigdy nie zostaje zapomniana.

– Och, zaczęliśmy rozmawiać! – drżała żona. – Jeszcze nie jedliśmy śniadania.

– Irenka, zrób, proszę wreszcie dobrą herbatę! Mam już dość tej trawy.

– Nie możemy.

– Chociaż dodaj cytrynę i cukier.

Krzysiek pił tę słabo zaparzoną herbatę, popijając nią małą kanapkę z serem i wspominał czasy, kiedy na śniadanie herbata była mocna i słodka. Tak, nawet z pasztecikami lub naleśnikami.

Przyszła sąsiadka. Uśmiechnęła się z aprobatą:

– Jak się macie?.

– A jak się mogą mieć dziewięćdziesiątlatkowie? – Zażartował dziadek..

– Cóż, jeśli żartujesz, wszystko jest w porządku. Co kupić?

– Paulina, kup mięso! – wykrzyknął Krzysztof.

– Nie możecie!

– Kurczak może być.

– Dobra, kupię. Ugotuję wam zupę z makaronem!

– Paulina, kup coś na serce — powiedziała starsza pani.

– Irenka, ostatnio ci kupiłam.

– Już się skończyły.

– Może wezwać lekarza?

– Nie rób tego.

Sąsiadka sprzątnęła ze stołu, umyła naczynia i wyszła.

– Irena, chodźmy na balkon – zaproponował mąż. – Rozgrzejmy się na słońcu.

– Chodźmy! Po co w duszności siedzieć.

Wróciła sąsiadka. Wyszła na balkon:

– Za słońcem tęskniliście?

– Tak, dobrze nam tu, Paulina! – odparła Irena.

– Dobra, przyniosę wam tutaj owsiankę. I zacznę gotować zupę na obiad.

– Dobra z niej kobieta – spojrzał za nią. – Co byśmy bez niej zrobili?

– A ty płacisz jej tylko tysiąc złotych miesięcznie.

– Irenka, zapisaliśmy jej mieszkanie.

– Ona o tym nie wie.

Siedzieli na balkonie do obiadu. A na obiad był rosół. Pyszny z drobno posiekanym mięsem i rozgniecionymi ziemniakami:

– Zawsze robiłam taką Halince i Markowi, kiedy byli mali — przypomniała sobie Irena.

– A nam na starość obcy ludzie gotują – westchnął ciężko małżonek.

– Widać, Krzysiu, taki nasz losi. Ty i ja umrzemy i nikt nawet nie zapłacze.

– Dajmy spokój, Irenka, nie bądźmy smutni. Chodźmy się przespać!

– Krzysiek, nie bez powodu mówią: „Stary, to mały”. Wszystko mamy jak dzieci: puree z zupą, drzemka, popołudniowa przekąska.

Krzysiek podrzemał trochę i wstał. Czy pogoda się zmieniła? Poszedł do kuchni. Na stole stały dwie szklanki z sokiem, starannie przygotowane przez Paulinę.

Wziął obie szklanki w ręce i ostrożnie, aby nie rozchlapać, poszedł do pokoju żony. Ta siedziała na łóżku i patrzyła w zamyśleniu przez okno:

– Co Ty, Irenka, zasmuciłaś się? – uśmiechnął się małżonek. – Napij się soku!

Ta wzięła łyk:

– Ty też nie możesz zasnąć?

– Pogoda jest winna, ciśnienie skacze.

— Czuję, że rano stanie się coś złego – Irena pokręciła głową jakoś z rezygnacją – czuję, że niewiele życia mi zostało. Zrób mi ładny pogrzeb.

– Irena, mówisz głupie rzeczy. Jak będę żyć bez ciebie?

– I tak ktoś z nas umrze.

– Przestań! Chodźmy na balkon!

Siedzieli do wieczora. Paulina przygotowała sernik. Zjedli i usiedli, by pooglądać trochę telewizję. Oglądali ją każdego wieczoru przed snem. Fabuła nowych filmów docierała do nich z trudem. Dlatego oglądali komedie i kreskówki.

Dziś obejrzeli tylko jedną kreskówkę. Irena wstała z kanapy:

– Idę spać. Coś czuję się zmęczona.

Dobrze, idź.

– Pozwól, że dobrze ci się przyjrzę! – nagle poprosiła małżonka.

– Dlaczego?

– Po prostu popatrzę.

Patrzyli na siebie przez długi czas. Pewnie wspominali swoją młodość, kiedy mieli wszystko przed sobą.

– Zaprowadzę cię do łóżka.

Irena wzięła męża pod rękę i powoli poszli.

Starannie przykrył swoją żonę kocem i udał się do swojego pokoju.

Coś ciężko leżało mu na sercu. Długo nie mógł zasnąć.

Wydawało mu się, że w ogóle nie spał. Ale zegar elektroniczny wskazywał drugą nad ranem. Wstał i udał się do pokoju żony.

Leżała z otwartymi oczami i patrzyła w sufit:

– Irena!

Wziął ją za rękę. Ręka była zimna.

– Irena, co ty! I-re-na!

Nagle zaczęło brakować mu powietrza. Z trudem dotarł do swojego pokoju. Wyjął przygotowane dokumenty i położył je na stole.

Wrócił do żony. Długo patrzył na jej twarz. Potem położył się obok i zamknął oczy. Widział swoją Irenkę, młodą i piękną, jak siedemdziesiąt pięć lat temu. Szła gdzieś w kierunku światła widzianego w oddali. Rzucił się do niej, dogonił, wziął za rękę…

Rano Paulina weszła do sypialni. Leżeli obok siebie. Na ich twarzach zamarły szczęśliwe uśmiechy.

Po odzyskaniu przytomności kobieta wezwała karetkę.

Przybyły lekarz spojrzał na nich, potrząsnął głową ze zdziwieniem:

– Zmarli razem. Widać, że bardzo się kochali.

Zabrali ich. A Paulina wyczerpana opadła na krzesło stojące przy stole. Potem zobaczyła umowę pogrzebową i … testament, w którym była spadkobierczynią.

Opuściła głowę i zapłakała.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.  

Related Posts