„Siostra zostawiła mi w spadku majątek i przystojniaka. Miałam dziką satysfakcję, że rodzinie skacze gul z zazdrości”

„Ku zaskoczeniu wszystkich, magazyn zapisała mnie. I zrobił się raban. Staszek, jego dzieci, Waldek – wszyscy krzyczeli, że nie mam prawa dostać cokolwiek. Moja mama patrzyła na mnie z zaciętą twarzą”.

LILIANA, 60 LAT

Podobno czas leczy rany. Czyżby? Jedynym uczuciem, które nigdy nie ginie jest nienawiść. Minęło trzydzieści lat, a mama nadal na mój widok odwraca twarz.

Towarzysze podróży

Jechałam do T. w środku tygodnia, więc pewnie dlatego pociąg był niemal pusty. Podróżowałam z drugiego końca kraju i miałam dwie przesiadki. Ostatnia była w Ł. Przede mną były jeszcze dwie godziny jazdy. Usiadłam przy oknie, wyjęłam książkę i kanapkę, gdy drzwi przedziału otworzyły się i weszły dwie osoby – starszy mężczyzna i nastolatka. Na oko – dziadek i wnuczka.

– Dzień dobry – powiedział do mnie mężczyzna, a potem wskazał głową dziewczynie miejsce. – Usiądź przy oknie. – W jego głosie wyraźnie zabrzmiało zmęczenie.

Dziewczyna, najwyżej piętnastoletnia, spojrzała na mnie oczami opuchniętymi od płaczu. Uśmiechnęłam się zapraszająco i wsunęłam nogi pod własne siedzenie. Usiadła. On położył niewielką torbę i kolorowy plecak na półce, a potem zajął miejsce obok dziewczyny. Popatrywałam na niego znad książki, udając, że czytam.

Był w typie mężczyzn, którzy zawsze mi się podobał – nie za wysoki, nie za tęgi, z zadbaną kozią bródką, która okalała ładne męskie usta. Był mniej więcej w moim wieku, około sześćdziesiątki. Miał na sobie ubrania w kolorach ziemi – dżinsy, sweter i kurtkę podbitą kożuszkiem. Niemal wbrew woli spojrzałam na jego prawą dłoń. Nie było obrączki. Samotny czy jeden z tych, którzy zdjęli symbol związku, bo „palce spuchły?”.

Kiedy podniosłam wzrok, zobaczyłam, że i on mi się przygląda. Dostrzegłam linie troski i zmęczenia na jego twarzy. Przymknął oczy. No to i ja zajęłam się książką. Ledwie skończyłam rozdział, gdy niespodziewanie odezwała się dziewczyna:

– I co ze mną teraz będzie?

– A co ma być – mruknął jej dziadek, nie otwierając oczu. – Nie jesteś sama na świecie, choć tak się zachowujesz.

– Rodzice wyrzucą mnie z domu.

– Bzdury. Po prostu musicie ze sobą zacząć rozmawiać. A nie uciekać, żebym musiał cię szukać po kraju.

– Mój tata… – dziewczyna odwróciła głowę i zacisnęła wargi.

– Pogadam z nim – mężczyzna spojrzał na wnuczkę. – Nic się nie martw, Jagódko.

Jagoda popatrzyła na niego jakby ze zdziwieniem.

– Dlaczego pan to robi, panie dyrektorze? Zawsze byłam dla wszystkich wredna.

Ach, jednak nie dziadek, pomyślałam. Dyrektor (czego dyrektor, może szkoły?) uśmiechnął się lekko.

– Wredota ma wiele obliczy. Ja znam je wszystkie. Twoja się broniła i szukała pomocy – odparł i lekko poklepał dziewczynę po przedramieniu.

A potem spojrzał na mnie, a w jego spojrzeniu, i leciutko uniesionej brwi odczytałam pytanie: „I co, ciekawość zaspokojona?”. W odpowiedzi i ja uniosłam lewą brew: „A co, nie wolno się interesować?”. I wróciłam do książki, czując szybsze bicie serca. Ciekawe, dokąd oni jadą.

Wysiedli razem ze mną w T. Potem z dworca oni skręcili w lewo na parking, a ja w prawo. Kiedy się obejrzałam, wsiadali do niewielkiego ciemnego auta. Dyrektor otworzył drzwi po stronie kierowcy, ale zanim wsiadł, spojrzał w moją stronę, jakby wyczuł mój wzrok. A może sam chciał sprawdzić, dokąd idę. I znów serce mi zadudniło.

Rodzinne spotkanie na pogrzebie

Zmierzchało, kiedy szłam uliczkami w stronę domu rodzinnego. Zapewne centrum piętnastotysięcznego T. zmieniło się przez trzydzieści lat mojej nieobecności, ale jednorodzinne domy w alei Wrzosów wyglądały jak zawsze. Może tylko drzewa były większe, ale w zimie trudno było to ocenić. Pchnęłam furtkę i przeszłam do schodków prowadzących na werandę. Kiedy unosiłam dłoń, by zadzwonić do drzwi, otworzyły się. Stanęła w nich moja kuzynka Basia.

– Widziałam cię z okna – powiedziała i cofnęła się. – Wejdź. Wszyscy już są. Kolacja za pół godziny.

– Wiedzą, że przyjechałam?

Kiwnęła głową i dodała:

– Ale o tym nie mówią. Znasz ich. Zwłaszcza że ciocia Irena jest. Twoja mama.

– Pamiętam, jak moja mama ma na imię – mruknęłam cicho i ucieszyłam się, że Basia nie usłyszała mojego komentarza. W końcu nic nie było jej winą.

Postawiłam w sieni torbę, zdjęłam płaszcz, buty i włożyłam kapcie, które przywiozłam ze sobą. Potem weszłam za Basią do pokoju dziennego. Był połączony z jadalnią i wydawał się przestronny, mimo że siedziało i stało w nim kilka osób. Moja rodzina. Dwaj bracia i ich żony. Szwagier Staszek, jego syn i córka, trójka kuzynów. No i mama.

Mój wzrok od razu do niej pobiegł. Miała już osiemdziesiąt siedem lat, ale wyglądała na kobietę w pełni sił. Tylko jej oczy, którymi na mnie spojrzała, blade, wodniste, z zaczerwienionymi pomarszczonymi powiekami zdradzały jej wiek. Na mój widok zacisnęła wargi i odwróciła twarz. Serce mnie zabolało. Minęło trzydzieści lat, a emocje były wciąż żywe. A podobno czas leczy rany. Z drugiej strony mówi się, że jedynym uczuciem, które nigdy nie ginie – jest nienawiść.

Popatrzyłam na Jana, mojego najstarszego brata. Stał pod oknem, ze szklanką w dłoni i patrzył na mamę. Potem spojrzał na mnie i skinął głową na przywitanie. No, ja myślę. Akurat on nie ma prawa traktować mnie chłodno i z dystansem.

Trzy dni wcześniej umarła żona Staszka. Moja starsza siostra, Bożena. Następnego dnia miał być pogrzeb. Więc przyjechałam. Kochałam Bożenę. Tak jak kochałam całą moją rodzinę.

– Co ona tu robi? – usłyszałam syk z boku.

Spojrzałam na Waldka, mojego drugiego brata, starszego ode mnie o rok. Ale zanim zdążyłam coś powiedzieć, odezwał się Jan. Ostro.

– Przyjechała na pogrzeb Bożeny. Swojej siostry. Masz z tym problem?

Waldek zacisnął wargi i zajął się swoim drinkiem. Zmienił się niemal nie do poznania – wyglądał, jakby codziennie ćwiczył do konkursu, kto zje najwięcej hamburgerów. I przy okazji zabierał porcje Jankowi, bo ten zdecydowanie był zbyt chudy. I co jakiś czas kaszlał. Przyjrzałam mu się uważnie – jego cera nie wyglądała zdrowo.

– Przyplątał się do niego jakiś wirus – wyjaśniła mi po smutnej, milczącej kolacji jego żona. – Kaszle tak od tygodnia. Ale to minie – uśmiechnęła się.

– Opowiadaj, co u ciebie?

– W porządku. Za pół roku idę na emeryturę – odpowiedziałam.

– Cieszysz się?

– Jeszcze nie wiem. Problem w tym, co będę dalej robiła.

Poznawałam tajemnice rodzinne

Zobaczyłam, że Janek wchodzi do pokoju obok jadalni, więc przeprosiłam jego żonę i poszłam za nim. Kiedyś był to pokój gościnny, ale teraz wyglądał na biuro, pewnie jego. Janek mieszkał w tym domu ze swoją rodziną i naszą matką.

Stał przy oknie, w pokoju było ciemno. Wyciągnęłam rękę do włącznika.

– Nie zapalaj – poprosił.

– Oczy cię bolą?

– Trochę.

– Ten kaszel… To nie przeziębienie, prawda? Twoja żona wie?

– A skąd ty wiesz?

– Jestem pielęgniarką, całe życie pracowałam w szpitalu. Potrafię rozpoznać raka w ostatnim stadium.

Zapadło milczenie. Podeszłam do niego i jak on spojrzałam przez szybę na zimowy ogród.

– Dlaczego się nie leczysz? – spytałam cicho.

– Na szczęście jeszcze państwo nikogo do tego nie zmusza. Ale gdyby Marysia wiedziała, i dzieci… Zmusiliby mnie. Nie chcę. Chcę umrzeć na własnych warunkach. Nie mów nikomu, proszę.

– A mogę zostać na noc w tym domu? Nie stać mnie na wynajmowanie motelu.

– Oczywiście. To także twój dom. Twój dawny pokój czeka na ciebie.
Oparłam swoją głowę o jego ramię.

– Przykro mi, Janku.

Objął mnie.

– Nie. To mnie jest przykro, Lila.

Wiedziałam, że nie mówi o swojej zbliżającej się śmierci.

Następnego dnia było zimno i wiał przenikliwy wiatr. Z ulgą schroniłam się w kościele. Wokół trumny z ciałem mojej siostry leżały kwiaty i wieńce. Szarfa na jednym z nich przyciągnęła moje oko. „Naszej przyjaciółce – dzieci Feniksa”. Pociągnęłam za rękaw siedzącą obok mnie Basię.

– Co to są te dzieci Feniksa?

Zanim mi odpowiedziała, rzuciła zaniepokojonym okiem na mojego szwagra, a potem wyszeptała:

– Nie wspominaj o nich Staszkowi.

– Dlaczego?

Jeszcze bardziej nachyliła się do mojego ucha.

– Nie chcę powtarzać plotek, bo o zmarłych źle się nie mówi.

– Ale? – widziałam, że się wręcz dusi od tych plotek, które koniecznie chcą zostać wypowiedziane.

– Ale podobno Bożenka miała… no wiesz… – i jeszcze bardziej zniżyła głos

– kochanka.

– I to było jedno z dzieci Feniksa?

Popatrzyła na mnie z oburzeniem.

– No nie. Oszalałaś? Ich opiekun, W.

Nie dowiedziałam się niczego więcej, bo zaczęła się msza. Ale słowo „kochanek” nie dawało mi spokoju. Bożena i kochanek? Zawsze była taka akuratna, prawomyślna, Matka Polka i te rzeczy. Wierna do bólu. Ale w końcu przez trzydzieści lat człowiek może się zmienić. Poza tym, gdyby Staszek był moim mężem, też pewnie marzyłabym o kochanku, pomyślałam.

Kolejne spotkanie z nim

Po mszy poszliśmy wszyscy na cmentarz pożegnać Bożenę. W pewnym momencie, gdy rozejrzałam się wokół, daleko z tyłu przy innym grobie zobaczyłam znajomą męską postać w kurtce na kożuszku. Dyrektor stał z czapką w ręku i patrzył w naszą stronę. Pociągnęłam za rękaw Basię i poprosiłam, by rzuciła okiem i powiedziała, czy zna tego mężczyznę. Popatrzyła i podekscytowała się.

– To właśnie W. – wyszeptała. – Dyrektor szkoły – wyjaśniła, przypominając sobie, że nie jestem na bieżąco. – Wdowiec od dziesięciu lat. Żona mu na raka zmarła. Wiele kobiet chciałoby być następną panią dyrektorową.

– A ty jesteś pewna, że Bożena z nim…?

– W łóżku z nimi nie byłam, więc głowy nie dam. Ale skoro Staszek na dźwięk jego nazwiska dostaje piany na ustach, to coś musi być na rzeczy. Poza tym przez ostatnie trzy lata spędzała w ośrodku z nim mnóstwo czasu, więc to chyba jasne – wzruszyła ramionami.

Zrobiło mi się dziwnie przykro. I wcale nie dlatego, że moja święta siostra okazała się nie taka święta. Z drugiej strony znałam Staszka z dawnych lat. Zawsze był raptus i zazdrośnik, były ku temu powody czy nie. Zresztą, powiedziałam sobie, co mnie to obchodzi? Po pogrzebie i odczytaniu testamentu jadę do siebie. Na drugi koniec Polski. I wrócę pewnie dopiero na pogrzeb Janka. Oby nie za szybko.

– Gdzie jest ten ośrodek? – spytałam.

– Pamiętasz magazyn dziadka Franka? Co to go dał Bożenie w spadku? No to ona udostępniła go za darmo szkole, a dyrektor W. urządził tam ośrodek dla młodzieży „Feniks”. Bożena się niby tam udzielała, rozumiesz.

Po pogrzebie nie miałam ochoty na konsolację. W dodatku mama wyraźnie dała do zrozumienia, że sobie tego nie życzy. Pojechałam więc na drugi kraniec miasta do parterowego magazynu. Stał pół kilometra od szkoły i zupełnie nie przypominał dawnego budynku, który wołał o remont. Teraz był pomalowany na jasne kolory, miał wstawione szyby, nowe drzwi, a w środku było czysto i porządnie. Z dużej sali dobiegały głosy. Weszłam tam. Kilkoro nastolatków – w tym znana mi z pociągu Jagoda – pakowało do kartonowych pudeł rzeczy z półek i szaf. Książki, jakiś sprzęt.

– Szuka pani kogoś? – usłyszałam za sobą znajomy głos.

Obróciłam się. Za mną stał dyrektor W. Poznał mnie, oczy mu błysnęły, a brew poleciała do góry w niemym pytaniu: „A co ty tu robisz?”. Serce znów mi zabiło mocno. Co za idiotyzm, pomyślałam.

– Ducha mojej siostry – odparłam. – Mam wrażenie, że bardziej żyła tu niż w swoim domu.

– Wreszcie ktoś, kto ją rozumie. Zapewne Liliana? Bożena wspominała o siostrze na wygnaniu, acz nie o przyczynie wygnania. Wojciech W. – ukłonił się. – Dyrektor tutejszej szkoły. I opiekun tego ogniska dla młodzieży, Feniks. Od drugiej szansy. Każdy jej potrzebuje.

Jego osoba mnie interesowała

Był bezpośredni, sympatyczny i pociągający. I emanował energią, która wlewała się w moje żyły. Czułam, że mój kręgosłup sam z siebie się prostuje.

– Widzę, że się pakujecie? Dlaczego?

– Już mnie uprzedzono, że jak tylko testament zostanie odczytany, rodzina Bożeny zabierze to miejsce dla siebie. Chyba że zapłacę im czynsz. Wysoki. Szkoły na to nie stać, więc się pakujemy.

– Przecież pomoc dzieciom to zbożne działanie. I myślę, że zgodne z życzeniem Bożeny.

Pokiwał głową.

– Z pewnością. Ale w grę wchodzą emocje, uprzedzenia. I zwykła…

– Chciwość? – dokończyłam, gdy się zawahał.

– Chęć zysku – uśmiechnął się. – Może ma pani ochotę na kawę? Na cmentarzu było zimno. Widziałem, że marzną pani stopy.

Patrzyłam w jego ciepłe, brązowe oczy, które wystarczały za setkę rozgrzewającej nalewki. Obserwował mnie na cmentarzu. Zauważył, że marznę. I powiedział mi o tym. Jeśli znaczyło to to, co myślę, to muszę się upewnić.

– Słyszałam pewne… plotki – powiedziałam, patrząc mu w oczy. – O panu i mojej siostrze. Czy…

– Nie – odpowiedział od razu. – Bożena była w komitecie rodzicielskim. Kiedyś rozmawialiśmy, że młodzież potrzebuje swojego miejsca. I że byłoby dobrze, by nie były to poniemieckie schrony przeciwlotnicze w lasach. Kilka lat temu znaleziono tam dwa ciała nastolatków. Przedawkowanie. Pozwoliła więc nam skorzystać z tego budynku. Był w opłakanym stanie, dzieciaki go wyremontowały niemal własnymi rękami.

Opowiadał mi rzeczy, o których nie miałam pojęcia, a ja chłonęłam każde jego słowo.

– Same zarobiły na prawie wszystko, co tu pani widzi. Bożena przychodziła i zajmowała się dziewczętami. Dużo rozmawialiśmy. Może łączyła nas przyjaźń. Z pewnością obopólny szacunek. Ale to wszystko. Żadnego romansu. Bożena nie była kobietą, która myślała o takich sprawach. Jednak jej mąż nie potrafił tego zrozumieć.

To akurat ja rozumiałam.

– Chętnie napiję się kawy. Proszę mi mówić Liliana – wyciągnęłam do niego dłoń.

Kiedy nachylił się i przyłożył do niej usta, pomyślałam, że może moja siostra nie myślała o takich sprawach, ale ja jak najbardziej.

Rodzinka się mocno zdziwiła

Następnego dnia było odczytanie testamentu u notariusza. Bożena miała trochę osobistego majątku, który rozdzieliła po rodzinie. Ku zaskoczeniu wszystkich, magazyn zapisała mnie. I zrobił się raban. Staszek, jego dzieci, Waldek – wszyscy krzyczeli, że nie mam prawa dostać cokolwiek. Moja mama patrzyła na mnie z zaciętą twarzą, a potem zwróciła się do notariusza:

– Panie mecenasie, jak można podważyć ten zapis testamentu?

Prawnik był zdumiony. Patrzył na mnie, na moją rodzinę spłoszonym wzrokiem.

– Nie będziemy podważać testamentu – nagle rozległ się mocny głos. Wszyscy ucichli i spojrzeli ze zdumieniem na Jana. – Bożena oddała magazyn Lilianie, i tak zostanie. I najwyższy czas, by prawda wyszła na jaw. To nie ona zabiła naszego ojca. Ona tylko niczego nie sprostowała, kiedy ją o to obwiniono. Wyrzuciliście ją z miasta, z rodziny za niewinność. Za to, że nas wszystkich tak bardzo kochała. Ale już dosyć. Czas, by wróciła do domu.

Czułam, jak łzy zbierają mi się w oczach. Gardło się zacisnęło. Nie wiedziałam, czy byłam na to gotowa. Nie uprzedził mnie.

– Jeśli nie ona, to kto? – spytał Waldek.

Janek popatrzył na niego z ironią.

– Skoro ja wiem, że to nie ona, to jak myślisz, kto to zrobił? – a gdy Waldek wciąż miał głupią minę, Janek westchnął i powiedział to jasno: – Ja. Oczywiście nie chciałem, była to pomyłka, lekkomyślność, to wszystko, o co oskarżaliście Lilę. Ale to przeze mnie tata umarł. A ja byłem zbyt wielkim tchórzem, by się do tego przyznać. Teraz jednak jestem stary, wkrótce umrę na raka, czas więc na prawdę…

Gdy do jego żony i reszty dotarły jego słowa o raku, ja zostałam zapomniana. Wstałam i ruszyłam do drzwi. Gdy się obróciłam na chwilę, dostrzegłam spojrzenie mamy. Były w nim ból i uraza. Cóż, kiedy obwinia się kogoś przez trzydzieści lat za to, że odebrał mu ukochaną osobę, nie można z sekundy na sekundę nienawiści zmienić w miłość. To wymaga czasu.

Kiedy po raz kolejny weszłam do sali Feniksa, pudła były prawie spakowane. Młodzieży nie było, tylko Wojtek siedział przy swoim biurku i odłączał komputer.

– Zostaw – powiedziałam. – Nigdzie się nie wynosicie.

Popatrzył na mnie ze zdziwieniem. Powiedziałam mu więc, że teraz ja jestem właścicielką magazynu. Zerwał się z miejsca z szerokim uśmiechem i porwał mnie do góry, okręcił wokoło, aż zaczęłam się śmiać. Nie wiem, jak to się stało, że nasze usta się spotkały. Zapewne przypadkiem, kiedy stawiał mnie na ziemi. A skoro już się spotkały, trzeba było to spotkanie wykorzystać.

Potem poszliśmy na obiad. Opowiedziałam mu wszystko. O wypadku sprzed trzydziestu lat także. Głupiej pomyłce, akcie nieodpowiedzialności, w wyniku którego zmarł nasz tata. O co obwiniono mnie.

– Dlaczego się nie broniłaś? Dlaczego nie powiedziałaś, że to wina brata? – spytał Wojtek.

Czasami, w złych chwilach, sama zadawałam sobie to pytanie. Wtedy przypominałam sobie, jak to było.

– Z kilku powodów. Jednym z nich była mama. Janek był jej ukochanym synem. Pierworodny. Utalentowany. Idealny. Oboje z ojcem najbardziej go kochali, wiązali z nim wielkie nadzieje. Reszta z nas musiała się z tym pogodzić. Gdyby mama wiedziała, że jej ukochany mąż umarł z winy Janka, załamałaby się. A po drugie… Janek miał więcej do stracenia. Świeżo po ślubie, dziecko w drodze, firma na rozruchu.

– Przecież to nie było przestępstwo – zdziwił się Wojtek. – Błąd. Niedopatrzenie.

– Nie dla mojej mamy. Nie dla wujów, braci taty, którzy pomagali mu założyć firmę. Odwróciliby się od niego. A ja byłam sama. Mogłam życie zacząć gdziekolwiek.

– Sama, bez rodziny – powiedział cicho.

– Cóż – wzruszyłam ramionami. – Kochałam ich wszystkich. Nie zrobiłbyś tego samego na moim miejscu?

Ujął moją dłoń w swoją i pocałował.

A niech mnie, siostrzyczko. Dałaś mi niezły spadek.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.  

Related Posts