„Po zmianie pracy uwikłałem się w romans z szefową. Kochałem żonę i dzieci, ale ona była jak modliszka. To nie moja wina”

„Wstyd mi, zachowałem się jakbym w ogóle nie myślał głową, tylko zupełnie inną częścią ciała. Ale to już nigdy nie może się powtórzyć. Najważniejsza jest moja Ania i dzieciaki, nie żadne tam biurowe damessy”.

Oto ja. Jacek Krawczyk, lat czterdzieści dwa. Żona, dwójka dzieci, dobra praca, domek na przedmieściach. Teoretycznie radość, żyć, nie umierać. W pewnym jednak momencie zdałem sobie sprawę z tego, że wcale nie jestem szczęśliwy. Owszem, kocham moją Anię i dzieciaki, ale kiedy się budziłem i miałem iść do biura, żeby przez osiem godzin dziennie (plus nadgodziny, jeśli czegoś nie skończyłem na czas) oglądać skwaszoną minę wiecznie niezadowolonego szefa, myślałem, że już dość i czas na zmianę. I tak zrobiłem.

Złożyłem wypowiedzenie, wziąłem zaległy urlop, który wszyscy spędziliśmy na wypasionych wakacjach w Hiszpanii, i… powróciłem do rzeczywistości. Do dziś pamiętam, że była środa – akurat wtedy przypadał pierwszy dzień miesiąca i ten, w którym miałem zacząć nową pracę. Nie było trudno ją zdobyć. Kolega mnie polecił, a że jestem dobrym finansistą z doświadczeniem, już po raptem trzech rozmowach kwalifikacyjnych dostałem umowę o pracę. Firma była dość daleko od domu, ale i pieniądze lepsze, do tego własny gabinet, miejsce parkingowe, osiem godzin pracy i ani chwili więcej. Więc co tu narzekać, bierzemy i jedziemy.

Środa. Punktualnie o ósmej rano wmaszerowałem do biura ubrany w najlepszy garnitur i z uśmiechem na ustach. Recepcjonistka sprawdziła moje dane, po czym zaprowadziła mnie do biura, gdzie miałem pracować. No, zrobiło na mnie wrażenie. Wysokie okna, piękny widok, ładne fotele, sprzęt komputerowy najwyższej jakości.

– Niech się pan rozgości. Tu obok jest ekspres do kawy, tak zwany pan kanapka przychodzi o dziesiątej, gdyby pan zgłodniał. A wcześniej spotkanie z szefową, żebyście się poznali. Pewnie koło dziewiątej, ale to już dam panu znać przez telefon – recepcjonistka uśmiechnęła się do mnie promiennie i zniknęła.

Skoro była ósma, miałem jeszcze godzinę, żeby się zadomowić i przygotować do spotkania z kobietą, która miała być moją przełożoną. Pięć minut przed dziewiątą w drzwiach pojawiła się sekretarka.

– Dzień dobry, jestem Elwira, asystentka szefowej, witam na pokładzie – wyciągnęła do mnie rękę. – Pani Eliza już czeka, zaprowadzę pana do jej gabinetu.

Szedłem plątaniną korytarzy, aż stanąłem przed zasłoniętymi żaluzjami drzwiami.

– Proszę – powiedziała Elwira i zniknęła, a ja nieśmiało zapukałem.
– Zapraszam! – usłyszałem i wszedłem.

Wszedłem i oniemiałem.

Na fotelu siedziała nie kobieta, ale prawdziwa bogini

Włosy spięte w kok, nogi sięgające nieba, czerwone szpilki wysokości Wieży Eiffela, do tego kostium podkreślający każdy fragment doskonałego ciała. Tak, wiem, jestem mężem i ojcem, ale żaden facet na taki widok nie mógłby pozostać obojętny. Nie pamiętam za bardzo, co do mnie mówiła. Wyjaśniała zakres obowiązków, objaśniała procedury panujące w firmie i tak dalej. A ja jak ten szczeniak nie mogłem oderwać wzroku od jej falującego biustu.

Dzień jakoś zleciał. Wróciłem do domu, wyściskałem dzieciaki. Zjedliśmy kolację, maluchy poszły spać, a ja do łóżka. Nagle z łazienki wyszła żona ubrana w jakąś koronkową bieliznę, najwyraźniej miała dziś ochotę na coś więcej niż wspólne spanie. Co mogę powiedzieć… spełniłem małżeński obowiązek i tyle. Przyznaję, że nasze życie seksualne do tej pory było super, nie miałem na co narzekać. Ale tym razem coś się zmieniło, bo zamiast skupiać się na żonie, cały czas miałem w głowie piękne ciało mojej szefowej.

Zasnąłem z mętlikiem w głowie. Następnego dnia pojechałem do pracy, robiłem, co miałem do zrobienia i tak przez kolejny tydzień.

Któregoś dnia szefowa wezwała mnie jednak do gabinetu

– Jacku, mamy nietypową sprawę. Możesz dzisiaj zostać chwilę dłużej? Trzeba przejrzeć dokumenty, bo coś się nie zgadza – powiedziała.
– Dobrze, uprzedzę tylko żonę, że wrócę później – obiecałem, no bo co miałem powiedzieć, w końcu pracowałem tam krótko, trzeba się było wykazać.
– Oczywiście, rozumiem, panie Jacku. Czekam w takim razie.

Kiedy już wszyscy opuścili biuro, poszedłem do gabinetu szefowej. Było ciemno. Nic dziwnego, skoro była już połowa listopada. W rogu pokoju stała zapalona lampa rzucająca ciepły blask, szefowa zaś miała rozpięte guziki bluzki i rozpuszczone włosy. Wyglądała zupełnie inaczej niż zwykle, ale tak samo obłędnie. Spędziliśmy przy papierach jakąś godzinę. Szefowa usiadła obok mnie na sofie z laptopem na kolanach, ja sprawdzałem dane. Czułem zapach jej perfum i niby mimowolne dotknięcia jej nogi ocierającej się o moją. W końcu westchnęła.

– Nie mam już siły. Czas kończyć, i tak dużo zrobiliśmy.
– Tak, ja też już padam, czas do domu i do dzieciaków…
– To jeszcze sekunda, poczekaj – poprosiła, zwracając się do mnie na ty, i podeszła do barku. – Coś na rozluźnienie i uczczenie rozwiązania finansowej zagadki. Masz ochotę? – podała mi szklaneczkę whisky.
– Nie wiem… nie powinienem… Przecież… – jąkałem się.
– Przecież należy nam się chwila relaksu, nie sądzisz? To co, za udany początek współpracy? To co?

To wypiłem tę szklaneczkę jednym haustem, aż zakręciło mi się w głowie. Potem były chyba jeszcze dwie. A potem… Potem poczułem jej usta na moich. Na początku próbowałem protestować, ale to była bogini, prawdziwa bogini. Nie znam faceta, który by jej nie uległ…

Nie będę mówił, co robiliśmy, można się domyślać

Po wszystkim na miękkich nogach wytoczyłem się z biura. Wziąłem taksówkę, pal licho koszty. Do domu dotarłem po dwudziestej trzeciej. Ania na szczęście już spała, dzieci też. Wziąłem szybki prysznic, żeby pozbyć się zapachu perfum Elizy i położyłem się do łóżka. Co ja najlepszego zrobiłem? – myślałem, przewracając się z boku na bok.

Przecież kocham swoją żonę, dzieci, w życiu bym ich nie zostawił. A zachowałem się jak głupek, który nie myśli głową, tylko zupełnie czymś innym. Dręczony wyrzutami sumienia, wreszcie zasnąłem. Potem był weekend. Spędziliśmy go z dzieciakami na placu zabaw, jedliśmy gofry, śmialiśmy się. Radosna, szczęśliwa rodzinka. Ja jednak cały czas z tyłu głowy miałem ją. Boginię z nogami do nieba i włosami jak u rusałki. W poniedziałek, gdy już prawie wyszedłem z biura, dostałem mail: „Przyjdź, mamy sprawę”. Poszedłem jak ten durny i znów sprawa skończyła się jak poprzednio.

Tak to trwało kolejne trzy tygodnie. Nadgodziny – tłumaczyłem żonie, ale ona była coraz bardziej smutna.

– Myślałam, że już teraz będzie inaczej – powiedziała kiedyś przy śniadaniu. – Nie ma cię całymi dniami, wracasz późno, nawet już ze sobą nie sypiamy. Ja cię potrzebuję, dzieci też. Co się dzieje? A tu, zobacz – wstała, przyniosła z łazienki moją koszulę. – Jakieś ślady… szminka? Masz romans?

Widziałem łzy w jej oczach, widziałem siebie, drania, który oszukuje najbliższych. Wyłgałem się, że to pewnie któreś z dzieci dobrało się do jej szminek i pomalowało kołnierzyk. Czułem się z tym coraz bardziej podle. I wtedy postanowiłem – koniec.

Nie zaryzykuję mojej rodziny dla czegoś tak głupiego i tak naprawdę bezwartościowego. Kiedy więc kolejnego dnia dostałem mail, poszedłem z mocnym postanowieniem, że powiem Elizie, że to koniec. W gabinecie zastałem zapalone świece, kieliszki z winem i ją z rozwiązanymi włosami. Podeszła do mnie tak jak zwykle – pachnąca, zmysłowa, pociągająca. Tym razem jednak odsunąłem się.

– Eliza, nie – powiedziałem stanowczo.
– Co? – zdziwiła się.
– Nie możemy tego dłużej ciągnąć. Ja mam żonę, dzieci. Wiem, uległem, ale nie jestem w stanie żyć dłużej w takim czymś.
– Czymś… – mruknęła. – No, jeśli tak chcesz, to oczywiście uszanuję.
– Mam się zwolnić z roboty? – zapytałem na odchodne.
– Ależ skąd, jesteś świetny w każdej dziedzinie – mrugnęła. – Powodzenia.

Zamknąłem drzwi, a sekundę później usłyszałem gromkie przekleństwo i brzęk rozbijanego o ścianę szkła. Trudno. Ja miałem dość. Kolejny tydzień minął spokojnie. Kończyłem pracę o przykazanej godzinie, wracałem do domu.

Nie dostawałem ani esemesów, ani maili od Elizy

Któregoś dnia zdarzyło się jednak coś niezwykłego. Kiedy przyszedłem do firmy, na biurku czekała na mnie przesyłka – różowy kartonik. Pomyślałem, że to może od wdzięcznej klientki za to, że namówiłem ją na dobrą inwestycję. Otworzyłem i… zdębiałem. W środku bowiem znajdowała się martwa mysz. K… mać, o co chodzi? – pomyślałem. Rozejrzałem się dookoła, na szczęście żadnego kolegi nie było obok.

W pudełku była też karta – zwykły wydruk z komputera: „Pędziła myszka do dziury, aż jej nie złapał kot bury”. I nic więcej. Szczerze mówiąc, byłem w szoku. Kto u licha mógł wymyślić coś takiego? Zastanawiałem się nad tym cały dzień, ale nic nie wymyśliłem. Do domu wróciłem o normalnej porze i zastałem moją żonę we łzach.

– Co się stało, kochanie? Coś z dziećmi?! – zaniepokoiłem się nie na żarty.
– Później, nie przy nich. Teraz kolacja – odparła, ocierając łzy.

Przez cały wieczór robiła dobrą minę do złej gry. Kiedy dzieci poszły spać, powiedziała, żebym przyszedł do kuchni. Usiadłem z kubkiem herbaty, a ona wyciągnęła z szafki pudełko. Rany boskie, takie samo jak to, które ja dostałem!

– Proszę. Kurier zostawił to dziś pod drzwiami, kiedy nas nie było. Zosia myślała, że to jakiś prezent dla niej, i otworzyła. Możesz się domyślić, jak zareagowała. Proszę, zobacz – podsunęła mi pudełko pod nos.

Dobrze wiedziałem, co tam znajdę. Otworzyłem jednak

Kolejny martwy gryzoń i karteczka, tym razem z innym napisem: „Uważaj na kotka albo na koteczkę”.

– Ania, ja… – zająknąłem się. – Coś się dzieje, i to coś dziwnego. Mam nadzieję, że to tylko jednorazowy wybryk jakiegoś głupka. Ale musimy być czujni. Jeśli się to powtórzy, idę na policję. Teraz spać, mam dość – odwróciła się na pięcie. – A ty się tego pozbądź.

Wybryk okazał się jednak nie jednorazowy. Następnego dnia, kiedy rano wyszedłem wyrzucić śmieci, na progu znalazłem zdechłego szczura, a obok szczątki kota. Nie powiedziałem o tym Ani, żeby się nie denerwowała. Wywaliłem truchła do pojemnika i udawałem, że wszystko jest okej.

W pracy też zachowywałem się normalnie. Transakcje, spotkania z klientami, kawa, pogaduszki. Aż do kolejnej przesyłki w różowym pudełku. Z drżeniem serca otworzyłem i zobaczyłem tym razem nie mysz, ale szczura. „Tak się kończą takie zabawy” – przeczytałem karteczkę i znów gapiłem się na nią jak sparaliżowany.

– Co, teraz ty? – z zamyślenia wyrwał mnie głos kolegi.

Próbowałem zakryć pudełko jakimś folderem, ale on i tak zdążył już zobaczyć, co jest w środku.

– Chodź na kawę, chłopie. Powiem ci, co i jak – poklepał mnie po ramieniu, a ja jak bezwolna lalka powędrowałem za nim. – Sprawa jest taka – zaczął, odpalając ekspres. – Ona sobie upatruje co lepszych. Robi z nimi, co chce. Niby wszyscy o tym wiedzą, ale nikt głośno nie mówi.
– Ale co ja… – bąknąłem.
– Dość młody, przystojny, dobre ciacho i tyle. Trochę się pobawiliście i fajnie, nie moja sprawa. A jak odmówiłeś, to masz za swoje. Tak jak paru innych, których już tu nie ma. Za mnie na szczęście się nie wzięła. Może odstraszyła ją łysina i radosny brzuszek – zaśmiał się.
– To co ja mam teraz robić? – westchnąłem. – Policja? Sąd?
– Ta, jasne. To ty jesteś uwikłany. To ty zdradziłeś żonę i w dodatku zasady współpracy, bo jak wiesz, w korporacjach romanse są niemile widziane, a już z przełożonym, to ho ho. Nikt ci tu nie pomoże.
– Więc?
– Więc zrobisz tak… – kolega zniżył głos i wyjaśnił mi plan.

Dwa dni później to ja wysłałem mail. „Chcę”. Tylko tyle. Po kilku minutach przyszła odpowiedź: „Wiedziałam, czekam”. Przyszedłem punktualnie o osiemnastej. Nastrój w gabinecie był jak ostatnim razem. Przytłumione światło, świece, kieliszki z czerwonym winem.

– Namyśliłeś się, moja myszko? – spytała, zakładając nogę na nogę.
– Skoro uznałaś, że jesteś kotkiem, w którego sidła wpadłem, co mogę zrobić? – zapytałem niewinnie, mocząc usta w kieliszku z winem; fuj, kwaśne.
– Oj tam, sidła. To była tylko taka gra – zaśmiała się. – Musiałam ci pokazać, że skoro się powiedziało A, to trzeba i B.
– I dlatego te przesyłki z myszami i szczurami? Wiesz, jak zareagowały na to moje dzieci?
– Och, dzieci. Trudno, chwila przestrachu. Grunt, że ty zrozumiałeś, że ja jestem koteczką, a ty moją myszką. I jak już się bawimy, to po całości. Jasne?

– Jasne. Tyle że do dziś… – odrzekłem spokojnie.
– Jak to? Jeszcze ci mało przesyłek? – zrobiła wielkie oczy. – Mogę zrobić nowe. Może głowa konia tym razem, wiesz, jak w filmie…
– Nie, teraz tobie będzie miło, jak o wszystkim dowie się zarząd firmy, a może i połowa internetu.
– Niby jak? – zaśmiała się.
– Tak – wyciągnąłem z kieszeni telefon. – Cały czas nagrywa. I jeszcze mam kamerkę. A teraz żegnam panią i mam nadzieję, że już więcej się nie zobaczymy.

Zanim zareagowała, odwróciłem się na pięcie i pędem pognałem do samochodu, a potem do domu. Wieczorem, kiedy dzieci już spały, powiedziałem o wszystkim Ani, inaczej nie mogłem. Najpierw się wściekła, potem płakała, potem znowu się wściekła. Przysiągłem, że to był durny wybryk, jakiś podstęp diabła, że za nic w świecie nie chcę nikogo oprócz niej i dzieci, i że następnego dnia składam wypowiedzenie. Tak też zrobiłem.

Poszedłem do kadr, podpisałem papiery i przysiągłem sobie, że moja noga więcej w tym miejscu nie postanie. Mogę jeździć na drugi koniec miasta, znosić grymaszącego szefa, byle był facetem i bylebym się nie uwikłał w taką kabałę.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.  

Related Posts