„Dla przyszłych teściów byłem >>gołodupcem<<. Namówili Anitę na ślub cywilny, bo z kościelnym trudniej potem o rozwód”

„Całe szczęście, że usłyszałem tę rozmowę, bo wpakowałbym się w nieszczęśliwy związek. Byłbym chłopcem na posyłki, korepetytorem… Bo tak mnie traktowali. Jak sympatycznego naiwniaka z biednej rodziny”.

Anitę poznałem w kwiaciarni należącej do jej rodziców. Od razu wpadła mi w oko. Niewysoka blondynka z kokieteryjnym uśmiechem. Wybrałem kilka róż na bukiet dla mamy, która obchodziła tego dnia urodziny, i poprosiłem o ich przybranie.

– Ładny będzie – zagadnąłem, bo już kombinowałem, jakby się z tą ślicznotką umówić.

Z natury jestem dość energiczny i nie zasypiam gruszek w popiele.

– Bardzo ładny – dziewczyna uśmiechnęła się do mnie, przekładając róże zielonymi łodyżkami. – Należy się trzydzieści złotych – dodała, gdy bukiet był już gotowy.

Wyciągnąłem portfel, zajrzałem do środka i westchnąłem głośno.

– Coś nie tak? – zapytała.

– Zabraknie mi… – odpowiedziałem, a ona popatrzyła na mnie nieufnie. – Nie, nie. Na ten bukiet mam, proszę się nie martwić – uspokoiłem ją. – Ale chciałem kupić jeszcze jeden. Dla pani…

– Nie ma problemu, ja kwiatów mam pod dostatkiem – uśmiechnęła się szeroko.

– Ale gdyby poszła pani ze mną na kawę, przyniósłbym inny prezencik.

– A czy ja wyglądam, jakbym jakiegoś potrzebowała? – podjęła flirt.

– Nie, ale czuję wewnętrzną potrzebę, by panią obdarowywać.

Byli mili, dopóki mogli mnie do wykorzystać

Tak się zaczęło. Anita zgodziła się pójść ze mną na randkę. Muszę przyznać, że bardzo się przed tym spotkaniem denerwowałem. Dziewczyna  zrobiła na mnie duże wrażenie i chciałem, żeby ta znajomość przerodziła się w coś poważnego.

Pewnie dlatego pierwsza randka wypadła sztywno. Rozmowa się nie kleiła, a Anita wyglądała na znudzoną. Kiedy się rozstaliśmy, byłem załamany. Bałem się, że nie dojdzie do drugiego spotkania.

Na szczęście zdążyłem opowiedzieć Anicie, że kończę właśnie studia na anglistyce.

I to mnie uratowało. Przez dwa dni nie odbierała ode mnie telefonu, ale trzeciego dnia oddzwoniła. Spytała, co tam u mnie słychać, podziękowała jeszcze raz za spotkanie i zapytała, czy mógłbym jej w czymś pomóc. Zgodziłem się w ciemno, zanim jeszcze usłyszałem, o co chodzi.

A chciała, żebym wytłumaczył gramatykę jej młodszej siostrze. Dziewczyna chodziła do ogólniaka i miała spore problemy z angielskim. Zostałem zaproszony do domu Anity na sobotę. Mieszkała z rodzicami na obrzeżach miasta, w dużej willi.

Dla mnie, prostego chłopaka z bloku, rozmiar tego domu był nieco onieśmielający. Anita wytłumaczyła mi potem, że jej rodzice oprócz kwiaciarni mają jeszcze dwa sklepy spożywcze. Założyli je w latach dziewięćdziesiątych. Przedsiębiorcza rodzina.

Pocałowała mnie w policzek na przywitanie i zaprowadziła do siebie. Zrobiła herbatę, porozmawiała chwilę, a potem przyprowadziła siostrę. Siedzieliśmy razem przez ponad godzinę, a po nauce poszliśmy z Anitą na spacer we dwoje. Zanim wyszliśmy, spotkaliśmy w korytarzu jej mamę i tatę. Wydawali się mili.

– Dzień dobry, pan od korepetycji? – zapytał ojciec.

– To mój kolega, Maciek. Zgodził się pomóc Ewie – wtrąciła Anita.

– Miło, że pan się fatyguje. Gdyby jednak trzeba było zapłacić, proszę powiedzieć. Czas to pieniądz, jak mówią – ojciec Anity puścił do mnie oko.

Tymczasem mama coś jej szepnęła na ucho. Moja nowa znajoma tylko się uśmiechnęła.

– Co ci powiedziała mama? – zapytałem, gdy wyszliśmy na dwór.

– A nic takiego.

– No powiedz, proszę. To nieładnie tak szeptać przy ludziach.

– Zapytała, czy mógłbyś nam pomóc przetłumaczyć oferty handlowe w firmie. Ale to nieważne! Nie chcę cię wykorzystywać…

Zapewniłem ją, że chętnie pomogę. Podziękowała i wzięła mnie pod ramię. To był bardzo miły spacer, choć ciągle miałem wrażenie, że nie do końca udaje mi się skupić uwagę Anity na sobie. Ale to tylko spowodowało, że jeszcze bardziej zapragnąłem ją zdobyć.

Kolejne tygodnie mijały mi na wizytach w jej domu. Czułem się nieswojo, bo choć przychodziłem z nieskrywanymi intencjami romansowymi, byłem traktowany jak korepetytor – sympatyczny, pożyteczny kolega.

Mieszały się we mnie sprzeczne uczucia. Po miesiącu tych dziwnych spotkań miałem dość. Postanowiłem powiedzieć Anicie, że nie będę mógł dalej jej odwiedzać. No i właśnie wtedy przełamaliśmy lody. To zdarzyło się również podczas spaceru…

– Anita, musimy pogadać – zacząłem moje wyznanie nieśmiało.

– Słucham… – popatrzyła na mnie z rozbawieniem.

– Ja chyba przestanę do ciebie przychodzić.

– Dlaczego?

– Przecież wiesz, jakie są moje intencje. Wiesz i je ignorujesz…

– Głuptas… – powiedziała i przytuliła mnie mocno.

Odsunąłem ją od siebie odrobinę a potem pocałowałem. Odwzajemniła pocałunek. Wszystkie moje wątpliwości zniknęły. Zostałem jej chłopakiem i moje odwiedziny nabrały zupełnie innego wymiaru.
Poza zdaniem Anity nic więcej nie było dla mnie ważne

Przez długi czas ukrywaliśmy naszą zażyłość przed jej rodzicami. Anita czuła respekt przed ojcem. Był prawdziwą głową rodziny, wszyscy liczyli się z jego zdaniem. Przekonywała mnie, że muszę dać mu się lepiej poznać.

Dwa miesiące się do niego przymilałem. I choć wydawało się, że mnie polubił, gdy tylko dowiedział się o nas, zaczął mnie traktować bardzo szorstko. Kulturalnie, ale z dystansem. Jakoś to jednak przełknąłem, bo najważniejsza była moja dziewczyna. A z nią układało mi się coraz lepiej.

Choć ciągle jeszcze zdarzały się momenty, w których traciłem z nią kontakt, gdy po prostu przestawała mnie zauważać. Czasem na chwilę, w czasie rozmowy, a czasem na dwa dni, kiedy to nie odbierała ode mnie telefonów.

Uznałem jednak, że widocznie taka jej uroda. Była trochę zamyślona, rozmarzona, a czasem nieuważna. Jak królewna… Wybaczałem jej te chwile nieuwagi. To była wada, którą postanowiłem znosić w imię mojej miłości. Tym bardziej, że przepraszała mnie za każdym razem, gdy poczułem się przez nią ignorowany.

Tak właśnie wyglądała nasza codzienność

Natrudziłem się niemało, żeby ojciec Anity mnie tolerował, mama lubiła, a ona sama zauważała. Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że pcham to wszystko na siłę. Byłem zakochany i wydawało mi się, że to normalne, że pewnie większość chłopaków codziennie stara się o szacunek przyszłego teścia, sympatię teściowej i miłość ukochanej.

Po dwóch latach tej walki oświadczyłem się Anicie. Zrobiłem to na spacerze. Chciałem, żeby było romantycznie – jak wtedy, gdy pierwszy raz się pocałowaliśmy. Czy się udało? Sam nie wiem…

– O matko, ale mnie zaskoczyłeś! – odpowiedziała, gdy przyklęknąłem z pierścionkiem w ręku.

– No wiem. Chciałem, żeby to była niespodzianka – odparłem.

– To ci się udało…. Ale wiesz… Jesteśmy jeszcze młodzi… – Anita uśmiechała się bez przekonania.

– Jeśli nie jesteś gotowa, jeśli nie chcesz, to nie ma problemu… – wstałem z kolan i schowałem pierścionek do kieszeni.

Czułem się jak ostatni idiota. Miałem wrażenie, że świat wali mi się na głowę.

– Nie, głuptasie… Jasne, że za ciebie wyjdę – roześmiała się. – Daj ten pierścionek, przymierzę.

Anita przyjęła moje oświadczyny w typowy dla siebie sposób. Ale ja i tak byłem szczęśliwy. Najważniejsze dla mnie było to, że się w ogóle zgodziła. A że była trochę zaskoczona… Miała prawo. Rzeczywiście, byliśmy jeszcze bardzo młodzi.

Natomiast bardziej zaskoczeni byli jej rodzice. Zwłaszcza ojciec. Anita znów długo zwlekała, żeby mu powiedzieć, ale tym razem naciskałem. Przecież tyle czasu już ze sobą chodziliśmy. Nie było się czego wstydzić, czego ukrywać.

Nie przypuszczałem, że nasze zaręczyny wzbudzą w jej domu takie kontrowersje. Ojciec – zazwyczaj groźnie milczący – tym razem zrobił awanturę. Nie od razu. Poczekał, aż wyjdę. Wtedy nakrzyczał na córkę, że podejmuje pochopną decyzję. Przekonywał ją, że powinna się jeszcze zastanowić, bo jest za młoda na zamążpójście. Anita przysięgała, że nie chodzi o mnie, ale ja domyślałem się, że według niego nie jestem odpowiednim kandydatem.

Upewniłem się następnego dnia, gdy poszedłem, żeby zapytać go w cztery oczy, czy akceptuje nasze zaręczyny. Wtedy dał wyraz swojej niechęci. Liczyłem, że ujmę go tym wyrazem respektu wobec niego, i to go uspokoi, ale nic z tego.

– Nie za późno trochę? – odpowiedział pytaniem na pytanie. – Teraz mnie pytasz o zdanie, gdy ona już się zgodziła. Po co ta szopka!?

– Myślałem, że to pana uspokoi. Mam poważne zamiary i plany…

– Zamiary i plany! To dobre – zaśmiał się drwiąco. – Naprawdę dobre!

– Co ma pan na myśli?

– Nic takiego – spoważniał. – Dajmy temu spokój. Niech będzie tak, jak wymyśliliście.

To był pierwszy raz, kiedy poczułem się naprawdę niechciany. Nie zamierzałem jednak odpuszczać. Ojciec Anity tak mnie wtedy zdenerwował, że postanowiłem już więcej nie zabiegać o jego sympatię. „W końcu to nie dziewiętnasty wiek i liczy się tylko to, że Anita mnie kocha i chce za mnie wyjść” – myślałem naiwnie.

Rodzice Anity zgodzili się na nasz ślub, ale…

Wkrótce zaczęły się przygotowywania do ślubu. Przyszli teściowie przyjechali do mnie do domu, by poznać moich rodziców. Spotkanie przebiegało w grzecznej, choć niezbyt serdecznej atmosferze. Od ojca Anity wyczuwało się wyraźny chłód, którego nie przełamała nawet serdeczność mojej mamy i przyjazne nastawienie taty.

W trakcie ustalania szczegółów ceremonii pojawił się jednak poważny zgrzyt. Rodzice Anity nie chcieli ślubu kościelnego. Przekonywali, że nie chodzą do kościoła, że z ich wiarą jest tak sobie i nie będą się wygłupiali.

– Ale jak to tak, sam cywilny? – dopytywała zszokowana mama.

– A co w tym złego? – dziwił się ojciec mojej narzeczonej.

Wiedziałem już wcześniej, jakie jest ich zdanie. Uprzedziłem nawet moich rodziców, ale oni chyba nie uwierzyli. Wydawało im się, że przekonają drugą stronę do tradycyjnego ślubu.

– Przecież bez kościoła to nieważne… Nie mam racji? – mama wodziła po wszystkich zgromadzonych wzrokiem, jakby chciała odnaleźć w ich twarzach zrozumienie.

– Proszę nam wybaczyć – próbowała łagodzić sprawę mama Anity. – Ale my naprawdę nie jesteśmy zbytnio wierzący. To byłaby hipokryzja.

– Ja rozumiem, ale… – próbowała oponować jeszcze mama, jednak zabrakło jej argumentów.

Nastała krępująca cisza, którą przerwała dopiero propozycja podania ciasta. Reszta spotkania przebiegała w jeszcze sztywniejszej atmosferze niż jego początek. Gdy Anita z rodzicami wyszli, w moim domu rozpętała się burza.

Każdy miał pretensje do każdego, wszystkim było przykro, wszyscy mieliśmy poczucie, że coś tu jest nie tak. A ja musiałem bronić decyzji Anity i jej rodziny. Przecież ją kochałem… Następne tygodnie były bardzo ciężkie. Nie spodziewałem się, że moim rodzicom tak trudno będzie zaakceptować ślub cywilny.

Rozmawialiśmy o tym każdego dnia. Codziennie przerabialiśmy te same argumenty. Miałem już tego dość, choć w sumie rozumiałem tatę i mamę. Byli religijni i przywiązani do tradycji, a ja byłem ich jedynym dzieckiem.

Nakłaniali mnie nawet, żebym jeszcze raz porozmawiał z Anitą, żebym przekonał ją, by wpłynęła na swoich rodziców. Nie miałem jednak takiego zamiaru. Nie chciałem wdawać się w intrygi, które jeszcze bardziej pogorszyłyby moje relacje z przyszłymi teściami. Temat jednak sam wypłynął. Doszło do konfrontacji, a jej efekt był ostateczny.

Wszystko zaczęło się od przypadkowej rozmowy…

Oglądaliśmy z Anitą film. Włączyliśmy go sobie w salonie jej rodziców. Nie chciałem wychodzić z jej pokoju, ale ona się uparła, bo był tam bardzo dobry zestaw kina domowego. Poza tym jej rodziców nie było w domu, bo wyjechali w sprawach służbowych. Siedzieliśmy więc przed telewizorem z chipsami i cieszyliśmy się, że możemy być razem.

Niespodziewanie do domu weszli jej rodzice. Musieli wcześniej pozałatwiać swoje sprawy i nie spodziewali się, że będziemy siedzieli w salonie sąsiadującym z korytarzem. Byli pewnie przekonani, że w ogóle nie ma nas w domu albo zamknęliśmy się w pokoju Anity, na górze. Rozmawiali więc swobodnie. Moja narzeczona nie zdążyła zareagować, więc usłyszałem, o czym mówili.

– Całe szczęście, że przekonaliśmy ten zaścianek, by nie pakować się w ślub kościelny – powiedział ojciec Anity.

– Racja. Chociaż ja też odrobinę żałuję. Tak bez kościelnego, sam cywilny… – westchnęła mama.

– A cóż to za sentymenty?! Przecież już ustaliliśmy. Nie denerwuj mnie znowu. Chcesz ją wpakować w dożywocie z tym gołodupcem!?

– No nie. Ale on w sumie jest nawet miły… – zaprotestowała nieśmiało mama Anity.

– Może i miły, ale biedny. Anicie tylko wydaje się, że go kocha. Jeszcze zobaczysz, że będzie chciała rozwodu, a wtedy z cywilnym raz, dwa i sprawa załatwiona. A z kościelnym? Ugotowana na całe życie.

Jej ojciec miał rację, dobrze się stało, że się rozstaliśmy!

Patrzyłem na Anitę, a na jej twarzy narastała panika. Zanim się jednak zorientowała, zanim wstała, by ich uciszyć, dowiedziałem się wszystkiego. Te kilka zdań wystarczyło, żebym zrozumiał sytuację. Gdy moja narzeczona poderwała się z kanapy, by powstrzymać rodziców przed dalszą rozmową, we mnie budził się gniew.

– Mamo, tato, cześć! – zawołała.

– O, to ty! Jesteś w domu? – odparła mama, a potem dodała. – A Maciek… Maciek też?

– Dzień dobry – ukłoniłem się, stając za Anitą.

– O cześć… – rzuciła z nietęgą miną niedoszła teściowa. – My właśnie…

– Niech się pani nie trudzi. Wszystko słyszałem.

– To nawet dobrze się składa – warknął ojciec Anity, który wcale się nie speszył.

– Też tak uważam – odpowiedziałem. – Popatrzyłem na Anitę i zapytałem ją wprost: – Ty się na to zgodziłaś? Zrezygnowałaś z kościelnego, żeby zachować możliwość rozwodu?

– To był pomysł taty…

– On mnie nie interesuje! Pytam ciebie! – teraz ja podniosłem głos.

– Ej, gówniarzu.. – próbował wtrącić ten nowobogacki gbur.

– Maciek…  – jęknęła Anita i już wszystko wiedziałem.

Nagle, w tej jednej chwili wszystko stało się jasne. Zrozumiałem, że ona mnie nie kocha, a ja tylko w to naiwnie wierzyłem. Zdałem sobie sprawę, że oszukiwałem sam siebie. Że patrzę na rozpieszczoną księżniczkę, która jest ze mną tylko dlatego, że na nią naciskałem. Że byłem miły… Zdjąłem kurtkę z wieszaka i wyszedłem. Zamykając drzwi, usłyszałem jeszcze słowa jej ojca:

– No i dobrze się stało – powiedział.

Pierwszy raz się z nim zgadzałem. Całe szczęście, że usłyszałem tę rozmowę, bo wpakowałbym się w nieszczęśliwy związek. Byłbym chłopcem na posyłki, korepetytorem… Bo tak mnie traktowali. Jak sympatycznego naiwniaka z biednej rodziny.

Anita próbowała się ze mną skontaktować, ale ja nie odbierałem od niej telefonu. Chciałem, żeby trochę o mnie powalczyła, może wtedy bym się jeszcze zastanowił. Ale ona nie pofatygowała się nawet, żeby do mnie przyjść. Odpuściła po dwóch dniach wydzwaniania… Tak po prostu.

Było mi trochę przykro, ale poczucie ulgi dominowało. Minęło kilka miesięcy i o wszystkim zapomniałem. Ona pewnie też, bo od momentu, gdy zamknąłem za sobą drzwi jej domu, nie mieliśmy ze sobą żadnego kontaktu.

Od jednej z jej koleżanek dowiedziałem się tylko przypadkiem, że wyjechała na jakiś długi zagraniczny staż w dużej firmie. Pewnie tatuś jej załatwił. Nie miałem jednak żalu. Uczucia z czasem przygasły, a ze złości się wyleczyłem. Mogłem iść dalej, szukać lepszej dziewczyny.

Dziś mam wspaniałą i kochającą narzeczoną. Co dzień daje wyraz temu, że jej na mnie zależy. Jestem więc tego pewny i też darzę ją wielkim uczuciem. A Anitę wspominam tylko wtedy, gdy Marta – bo tak ma na imię moja ukochana – zachwyca mnie swoim oddaniem i szczerością. Byłem głupi, ale jak to z głupcami bywa, miałem też szczęście. Wszystko się dobrze skończyło.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.  

Related Posts