„Sopel lodu jest cieplejszy niż moja żona. Miałem dość i posmakowałem zdrady. Szybko dostałem po łapach”

„Walczyłem jak lew. Przynosiłem jej kwiaty, kupowałem koronkową bieliznę, zabierałem do restauracji, jednak zbliżenia wciąż przytrafiały nam się jedynie od wielkiego dzwonu. Sam nie wiem, jakim cudem te dzieci w ogóle zmajstrowaliśmy, skoro moją żonę wciąż głowa bolała…”.

Moja żona jest prawie ideałem. Gotuje bajecznie, sprząta ze śpiewem na ustach i fantastycznie wychowuje dwójkę naszych maluchów. Za każdym razem, kiedy wracam z pracy, na stole czeka dwudaniowy obiad, a uśmiechnięta Zośka opowiada mi, jak jej minął dzień. Dzieciaki grzeczne, dom lśni, wszystko gra. Jednak Zosia ma pewną wadę… 

Trochę głupio mi o tym gadać, lecz prawda jest taka, że moja żona nigdy nie lubiła „tych spraw”. Przed ślubem powiedziała mi, że jest wierząca i zanim się pobierzemy, mogę ją co najwyżej pocałować. No cóż, łatwo mi nie było.

Mijały lata, robiłem karierę, dzieci rosły

Zastanawiałem się nawet, czyby z tym ślubem jeszcze nie poczekać, bo wydawało mi się to wszystko dość dziwne, ale Zośka była wtedy taka słodka… A poza tym który facet ucieka, nie zdoławszy wpierw dopaść pokusy? Więc się ożeniłem. Potem okazało się, że to Zosine „po ślubie!” zaczęło brzmieć: „Nie dziś, boli mnie głowa!” lub „Tobie tylko jedno we łbie!”.

Walczyłem jak lew. Przynosiłem jej kwiaty, kupowałem koronkową bieliznę, zabierałem do restauracji, jednak seks wciąż przytrafiał nam się jedynie od wielkiego dzwonu. Sam nie wiem, jakim cudem te dzieci w ogóle zmajstrowaliśmy, skoro moją żonę wciąż głowa bolała…

Po kilku latach zrozumiałem, że Zośka to dobra powiernica, kumpelka i współlokatorka, ale na pewno nie kochanka. Romans zafundowałem sobie tuż po trzydziestce. Panna była chętna, ja wygłodzony. Długo to nie trwało, a potem jakie wyrzuty…

Zrozumiałem, że to nie dla mnie i dałem sobie spokój z szukaniem przygód. Skupiłem się na karierze, na budowie domu za miastem, na dzieciakach. Córka rosła jak na drożdżach i stale suszyła mi głowę o nowe szmatki, syn zamierzał iść w moje ślady, co napawało mnie cholerną dumą.

– Będzie już czwarte pokolenie prawników w rodzinie! – chwaliłem Artka, i dodawałem, że jeśli uda mu się kiedyś zdać aplikację radcowską, będę najdumniejszym ojcem pod słońcem.

Czas mijał. Stuknęła mi czterdziestka, syn dostał się na prawo, córka zaczęła wymykać się z domu na randki. Najchętniej bym tych gówniarzy, co przyjeżdżali po nią na motorach, powystrzelał, lecz co było robić?! Mogłem tylko patrzeć, jak dzieciaki dorastają, a żona żyje gdzieś obok.

Krew nie woda, a żyje się tylko raz

Czy ją kochałem? Tak! Pomimo tego jej sypialnianego chłodu – kochałem Zośkę… I wtedy właśnie poznałem Iwonę. Pracowała w małym bufecie dla pracowników. Wysoka, roześmiana, ciemnowłosa. Podobała się facetom, niejeden za nią łaził, jednak ona wybrała mnie. Zaczęło się od niewinnych żartów.

– Coś ty, Mariuszku, taki dzisiaj skwaszony? Żona cię zaniedbuje? – zaczepiała mnie na przykład, nalewając mi kawę.

Nie będę kłamał – trafiła na podatny grunt. Zacząłem o niej myśleć, śniła mi się po nocach. Kiedyś na początku czerwca byliśmy w bufecie sami. Usiadła obok, spojrzała mi w oczy.

Strefa okazji i inspiracji:

– Może wpadniesz dziś do mnie na kolację? – zapytała.

Trochę się zmieszałem, lecz… Żyje się raz, a moje życie dalekie było od ideału. Zgodziłem się. Obiecałem, że przyniosę wino.

– Tylko zbyt głodny nie przychodź, bo ze mnie kiepska kucharka – uśmiechnęła się Iwona.

Pojechałem do niej wieczorem. Żonie skłamałem, że pilną sprawę mam u kumpla; zresztą nie wyglądała na zainteresowaną. Bardziej wciągały ją przygody familii Ziębów z „Na Wspólnej” niż własne małżeństwo.

Iwona przyjęła mnie w kusej, ciemnej sukience. Wyglądała obłędnie: rozpuszczone włosy, usta pociągnięte czerwoną szminką… Żadna kolacja nie zaprzątała nam myśli – rzuciliśmy się na siebie już w progu, niemal zdarłem z niej sukienkę, zszarpałem koronkową bieliznę… Jak ja dawno nie widziałem koronek na kobiecym ciele! Moja Zocha lubiła sypiać we flanelowych piżamach, a wszelkie fikuśne ciuszki nazywała strojem dla…

– Chodź do sypialni – szepnęła mi do ucha Iwona, ciągnąc mnie w stronę pokoju urządzonego w różnych odcieniach czerwieni.

Co to była za noc! Dwa razy w sypialni, a później, bladym świtem, jeszcze na balkonie. Czułem się jak młody chłopak, znów zachciało mi się żyć.

– To co, misiu? Jutro u mnie? – dopytywała się Iwona, żegnając mnie nad ranem.

– Może pojutrze. Nie mogę się codziennie wymykać z domu – bąknąłem, ale nie przyjęła odmowy do wiadomości.

– Będę czekać jutro. Jak ci się uda, wpadnij koło dwudziestej – kusiła, niby niechcący rozchylając poły satynowego szlafroczka.

Cholera, przecież nie tak to miało wyglądać

Pocałowałem ją przelotnie, lecz ona przylgnęła do mnie mocno.

– Mariusz, jesteś wulkanem seksu – wymruczała, gładząc moje ramiona. – Przyjedź jutro, nie wytrzymam całej nocy bez ciebie! – prosiła.

Zośce znowu coś nakłamałem. Myślałem, że będzie się dopytywać o szczegóły… A tam! Akurat znowu szedł jakiś rodzimy serial, który moja żona śledziła z zapartym tchem. No więc pojechałem do kochanki i do drugiej nad ranem szalałem z nią w sypialni. Następnego dnia w pracy zaraz po dziewiątej Iwonka pojawiła się w moim gabinecie.

– Dzień dobry, panie radco – mruknęła, tuląc się do mnie.

– Iwonka, nie tutaj, błagam cię… – syknąłem, lekko ją odsuwając.

– Bo co? Wstydzisz się mnie, Mariuszku? – wymruczała, przesuwając dłonią po moich plecach, aż do paska od spodni. – A może nie podobało ci się wczoraj?

– Jestem żonaty! Myślałem, że to dla ciebie oczywiste. Jest miło, ale nie możemy się tak afiszować – prychnąłem rozeźlony.

– Przecież jesteśmy sami! – wyszczebiotała Iwona.

– Dopóki nikt się tutaj nie właduje – odparowałem sucho.

– Myślałam, że masz w planach rozwód? Przecież wszyscy wiedzą, że nie żyjesz dobrze z żoną – rzuciła, wydymając usta.

– Nie mam w planach rozwodu i kocham swoją żonę – sprostowałem, całkiem tracąc humor.

„Czy ona za dużo sobie nie pozwala? – przemknęło mi przez głowę. – Spędziliśmy razem raptem dwie noce, wcześniej trochę poflirtowaliśmy, a ona już widzi się z moim nazwiskiem!”.

– Kochasz ją?! Daj spokój, nie rozśmieszaj mnie! – prychnęła Iwona, przysiadając na biurku
i zakładając nogę na nogę.

Zrobiło się niezręcznie. Nie miałem ochoty na żadne kłótnie w firmie. A poza tym dla mnie od początku sprawa była jasna: romans tak, bardzo chętnie. Coś poważniejszego? Nigdy! W końcu Iwona była tylko zabaweczką – chętną, frywolną kobietką, która szczodrze rozdawała swoje wdzięki…

Wiedziałem przecież, że przede mną sypiała co najmniej z piątką innych kolegów od nas. Takie rzeczy w naszym biurze roznosiły się szybko. Naprawdę miała mnie za frajera, który się dla niej rozwiedzie?!

– Idź już lepiej, mam masę roboty. Zadzwonię – powiedziałem, chociaż, szczerze mówiąc, zacząłem się zastanawiać, czy rzeczywiście to zrobię.

Nie minął nawet tydzień, odkąd wdaliśmy się w ten nasz romansik, a ja już miałem nieprzyjemne wrażenie, że Iwona mnie osacza! Co gorsza, z dnia na dzień robiło się coraz niebezpieczniej.

– Czemu wczoraj do mnie nie przyjechałeś? – w poniedziałkowy ranek Iwona dopadła mnie już przed ósmą rano.

– Iwona, jestem żonaty! Był weekend, pojechałem z żoną do rodziny! Naprawdę muszę ci się tłumaczyć?! Przecież napisałem ci SMS-a, że nie dam rady!

– Ale i tak czekałam! – naburmuszyła się moja kochanka, po czym dodała chytrze, że kupiła sobie nową bieliznę i ma ochotę od razu ją wypróbować. – A może teraz? Na twoim biurku jeszcze tego nie robiliśmy… – i ze śmiechem przytuliła się do mnie.

– Chyba żartujesz?! – prychnąłem wkurzony.

Po pracy mogłem sobie szaleć, ale tutaj?! Nie miałem zamiaru narażać swojej kariery dla jakichś igraszek z tą nachalną laską!

– Iwona, musimy trochę przystopować. To miał być jedynie romansik, parę chwil zapomnienia. Myślałem, że ty  patrzysz na to podobnie, na luzie. Wybacz, ale ja… chyba już nie jestem zainteresowany – burknąłem.

Zacisnęła usta i posłała mi pełne nienawiści spojrzenie.

– To wracaj sobie do tej twojej żonki, co leży w łóżku jak kłoda! No co tak patrzysz?! Cała firma wie, jaką zimną flądrą jest twoja Zośka, nie myśl sobie! – wrzasnęła, zanim wybiegła z mojego pokoju, trzaskając drzwiami.

A jeśli ona spełni te groźby? Leżę i kwiczę

Do domu wróciłem skruszony. Żona była w kuchni, odgrzewała zupę. Objąłem ją, pocałowałem w szyję. Powiedziała, że nie ma nastroju, i się odsunęła. Chciałem zapytać, czemu tak bardzo nie lubi bliskości, czemu przez te wszystkie lata tak mi skąpi tego, bez czego tak trudno mi żyć, ale machnąłem ręką.

Zjadłem w milczeniu, patrząc przez okno. Tego samego wieczoru dostałem siedem SMS-ów od Iwony. Groziła, że powie o nas Zośce. Muszę z nią pogadać, ugłaskać… Inaczej jest gotowa zniszczyć moje małżeństwo. A ja naprawdę wciąż kocham żonę.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.  

Related Posts