„Mąż zmarł, a rodzina pochowała mnie razem z nim. Według nich moje życie już się skończyło, a ja mam dopiero 57 lat”

„Miałam dosyć wszystkich! Wycierpiałam się w czasie choroby Zbyszka. A teraz moi najbliżsi albo chcieli wyciągnąć ode mnie kasę, albo za wszelką cenę mnie przekonać, że moje życie już się skończyło. Nie dam im tej satysfakcji!”.

Dokładnie pamiętam dzień, w którym dowiedziałam się o chorobie Zbyszka. Byliśmy w szpitalu, gdzie mój mąż przechodził szczegółowe badania. Rak jelita grubego z przerzutami – to zabrzmiało jak wyrok! Niemal dokładnie rok wcześniej na to samo zmarła moja koleżanka z pracy. Cały mój świat legł w gruzach! Kilka kolejnych miesięcy wspominam jako największy koszmar w moim życiu.

Obydwoje z mężem wiedzieliśmy, co się stanie, choć nie mówiliśmy o tym głośno. Musiałam pocieszać Zbyszka i dodawać mu sił w walce, w której powodzenie sama nie wierzyłam.

Mój mąż, mężczyzna energiczny, wysoki i przystojny, niknął w oczach. Kilka dni przed śmiercią miał mi coś ważnego do przekazania.

– Chcę, żebyś po mojej śmierci na nowo ułożyła sobie życie. Zobacz, co mnie spotkało. Nie znamy dnia i godziny! Nie trać czasu na żałobę! – powiedział, patrząc mi w oczy.

– Nie umrzesz! Lekarze mówią, że masz lepsze wyniki – skłamałam.

Spełniam ostatnią wolę męża

Po pogrzebie Zbyszka byłam w kiepskim stanie. Wzięłam urlop i na kilka dni zamknęłam się w mieszkaniu. Czułam straszliwy żal, ale z drugiej strony – ulgę, że mąż już nie cierpi.

Wciąż pamiętałam o słowach Zbyszka. Miał rację! Nikt z nas nie wie, ile czasu mu zostało. Kiedy odwiedzałam męża w szpitalu, widziałam wielu śmiertelnie chorych młodych ludzi!

„Życie jest takie krótkie” – powtarzałam sobie w myślach.

Postanowiłam spełnić wolę męża. Wiedziałam, że mówił to szczerze. Jak się okazało, moja rodzina i znajomi nie tak wyobrażali sobie moje życie jako wdowy.

Minął tydzień od pogrzebu Zbyszka, kiedy na ulicy spotkałam swoją siostrę.

– Nie jesteś na czarno? – zapytała Danusia z wyrzutem.

– A jakie to ma znaczenie? – odpowiedziałam pytaniem.

– No wiesz?! Po śmierci męża to chyba wypada.

– Moja czarna kiecka życia mu nie wróci! – odburknęłam.

– Nie denerwuj się, przepraszam!– odpowiedziała Danusia.

Jak się przekonałam, nie tylko moja siostra uważała, że powinnam chodzić od stóp do głów spowita w czerń. Kilka dni później, kiedy wybierałam się na zakupy, spotkałam sąsiadkę.

– Bardzo mi przykro z powodu męża – powiedziała na mój widok.

– Idzie pani na cmentarz?

– Byłam wczoraj – westchnęłam.– Wychodzę do galerii handlowej.

– Kupić trochę czarnych ubrań?– zapytała, lustrując mnie od stóp do głów. Miałam na sobie kolorową bluzkę i niebieski płaszczyk.

– Nie! Nie chodzę na czarno!

Sąsiadka wyglądała na zaskoczoną. Nie mogłam uwierzyć! Mamy dwudziesty pierwszy wiek i mieszkam w dużym mieście! Nie spodziewałam się, że ludzie wciąż zwracają uwagę na takie rzeczy.

Jak mogłam tak wychować córkę?!

Najbardziej jednak dopiekła mi własna córka. Olga była naszym jedynym dzieckiem. Późno ją mieliśmy i trochę rozpieściliśmy. Skończyła studia, znalazła dobrą pracę, a rok temu wyszła za mąż. Oboje z mężem świetnie zarabiali, mój zięć Marek prowadził własną firmę, ale wciąż im było mało. Odkładali decyzję o dziecku i po całych dniach pracowali. Trudno mi było uwierzyć, że moja córka wyrosła na taką materialistkę.

Byłam przyzwyczajona do tego, że rzadko miała dla mnie czas. Po pogrzebie ojca też długo mnie nie odwiedzała. W końcu się zjawiła.

– Jak się czujesz, mamo? – zapytała na powitanie.

– Tak sobie… – westchnęłam.

– Tata był ubezpieczony, prawda?– ekspresowo zmieniła temat. – Dostaniesz sporo pieniędzy!

Zamarłam! Do tej pory nawet o tym nie pomyślałam. Jak się okazało, Olga pomyślała za mnie.

– No tak, ale ja niczego jeszcze nie załatwiałam. Nawet nie wiem, jaka to kwota.

– Całkiem spora, już podliczyłam! – odpowiedziała.

– Umarł twój ojciec! Zapomniałaś o tym?! – krzyknęłam, czując, że jeszcze chwila i się rozpłaczę.

– Oczywiście, że nie zapomniałam, ale co się stało, to się nie odstanie. Musimy żyć dalej – oświadczyła.

– O co ci chodzi? Czegoś ci brakuje? Chyba nie pieniędzy?! – zapytałam, po raz kolejny zastanawiając się,  czy naprawdę tak fatalnie wychowałam swoje jedyne dziecko.

– Mój Marek chciałby zainwestować w firmę. Tobie takie pieniądze nie są już chyba potrzebne? – wydukała, trochę zawstydzona.

Wiedziałam już, po co Olga do mnie przyszła! Wcale nie z powodu żalu po zmarłym ojcu czy współczucia dla mnie. Moja jedyna córka miała chrapkę na pieniądze z ubezpieczenia! Liczyła na to, że w czasie żałoby łatwo dam się urobić…

– Chcę zostać sama. Jestem bardzo zmęczona! – rzuciłam kategorycznym tonem.

Chyba dotarło do niej, że przegięła, ponieważ szybko wyszła. Kiedy zostałam sama, rozpłakałam się bezradnie.

„Może dobrze, że tego nie doczekałeś!” – pomyślałam gorzko, wspominając zmarłego męża.

Pieniądze, które miałam dostać po śmierci Zbyszka, zainteresowały także moją siostrę.

– Przydadzą ci się na stare lata. Zawsze to jakieś zabezpieczenie! – oznajmiła Danusia.

– Ja mam dopiero pięćdziesiąt siedem lat! – trochę się oburzyłam.

– No właśnie! W tym wieku nie będziesz już wychodziła za mąż. Niedługo emerytura i wnuczki, jak Olga urodzi – stwierdziła.

– A skąd wiesz?! Może jeszcze kogoś wartościowego poznam – odpowiedziałam prowokacyjnie.

– Co ty mówisz?! Dopiero co męża pochowałaś!

– Ale ja wciąż żyję! – krzyknęłam.

Miałam dosyć wszystkich! Wycierpiałam się w czasie choroby Zbyszka. A teraz moi najbliżsi albo chcieli wyciągnąć ode mnie kasę, albo za wszelko cenę mnie przekonać, że moje życie już się skończyło.

Nie zamierzam sama siedzieć w domu

Nie mówiąc nikomu, wymyśliłam, że zrobię sobie krótkie wakacje. Szef pozwolił mi wziąć trochę urlopu. Postanowiłam, że pojadę do Karpacza. Wiele lat temu byliśmy tam w podróży poślubnej z mężem. Tuż przed chorobą Zbyszka planowaliśmy pojechać tam na weekend. Nie zdążyliśmy niestety.

„Nie będę siedziała w domu. Chcę podróżować!” – postanowiłam. Wyjazd do Karpacza wymyśliłam na dobry początek. Później miały być wycieczki zagraniczne do wszystkich tych miejsc, które zawsze chciałam odwiedzić, ale nie miałam na to czasu albo pieniędzy.

Szybko znalazłam w internecie adres uroczego pensjonatu w Karpaczu. Następnego dnia z samego rana wyruszyłam w drogę. Po południu byłam na miejscu. Spacer po ulubionym miasteczku na chwilę poprawił mi nastrój. Pod wieczór wróciłam do pensjonatu. Usiadłam w barze i zamówiłam sobie kieliszek wina.

Potem jeszcze jeden i poczułam, jak łzy spływają mi po policzkach. Wszystkie skrywane dotąd emocje puściły jak przerwana tama. Szybko otarłam twarz, mając nadzieję, że nikt nie zauważy.

– Dobrze się pani czuje? – usłyszałam za plecami.

Odwróciłam się. Za mną stał szpakowaty, sympatycznie wyglądający mężczyzna.

– Tak, już wszystko w porządku – wyszeptałam speszona.

– Może chce pani porozmawiać? To czasem pomaga – uśmiechnął się życzliwie. – Mogę się dosiąść?

– Pan też przyjechał sam? – zapytałam zaskoczona.

– Nie musiałem przyjeżdżać. To mój pensjonat – zaśmiał się.

Nie widziałam tego mężczyzny, kiedy przyjechałam po południu. Widocznie obsługiwał mnie któryś z jego pracowników.

Skinęłam głową.

– Mirek – przedstawił się.

Sympatyczny właściciel pensjonatu zaprosił mnie na jeszcze jedną lampkę wina, przy której przegadaliśmy bite dwie godziny. Dowiedziałam się, że ma sześćdziesiąt pięć lat, choć wyglądał na mniej, a od sześciu jest wdowcem. Dzieci rozjechały mu się po świecie, a on sam prowadził pensjonat, który kilkadziesiąt lat temu wybudował z żoną.

Już dawno nie spędziłam tak miło czasu. Jakoś łatwiej było mi się otworzyć przed obcym człowiekiem. Zwłaszcza po moich ostatnich doświadczeniach z córką i siostrą.

– Może jutro wieczorem też porozmawiamy? – zapytał Mirek, kiedy postanowiłam wrócić do pokoju.

– Bardzo chętnie – odpowiedziałam bez namysłu.

– Naprawdę będzie mi bardzo miło. Wszystkie wieczory spędzam sam– dodał ze smutkiem.

Do końca mojego pobytu w Karpaczu jeszcze kilka razy miałam okazję rozmawiać z Mirkiem i naprawdę bardzo się polubiliśmy.

Nie, wcale nie zapomniałam o zmarłym mężu! Po prostu poczułam, że moje dalsze życie ma jeszcze jakiś sens. Uwierzyłam, że przede mną jeszcze wiele pięknych chwil. Właśnie takich jak te wieczory w Karpaczu.

– Przyjedziesz jeszcze? – zapytał Mirek ostatniego wieczora. – Już jako mój prywatny gość…

– Szybciej niż myślisz! – uśmiechnęłam się pożegnanie.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.  

Related Posts