„Po 10 latach rzuciłem pracę w korporacji i uciekłem na wieś. Oprócz świętego spokoju, los podarował mi również… żonę”

„Dość szybko znalazłem dobrą pracę. Generalnie zawsze towarzyszył mi swoisty fart, dzięki któremu wiele rzeczy w życiu po prostu mi wychodziło. A jednak nie czułem się w pełni szczęśliwy, czegoś mi brakowało albo raczej czegoś było za dużo…”.

Od urodzenia mieszkałem w Warszawie. Zawsze mi to odpowiadało. Jako dziecko i nastolatek miałem pod nosem wiele atrakcji, wybierałem spośród najlepszych liceów i studiowałem na świetnej uczelni.

Marzyłem, by wyrwać się z tego więzienia

Dość szybko znalazłem dobrą pracę, podczas której robiłem to, co umiałem i lubiłem. Generalnie zawsze towarzyszył mi swoisty fart, dzięki któremu wiele rzeczy w życiu po prostu mi wychodziło. A jednak nie czułem się w pełni szczęśliwy, czegoś mi brakowało albo raczej czegoś było za dużo…

Jeszcze przed trzydziestką zacząłem przy każdej okazji uciekać w zaciszne miejsca. Sam. Weekend w mało uczęszczanym górskim miasteczku, majówka nad morzem poza sezonem, wakacje spod znaku agroturystyki – lubiłem ustronne, wyludnione miejsca, gdzie czas zdawał się płynąć wolniej, spokojniej, gdzie mogłem smakować każdą chwilę…

Poniedziałek po długim weekendzie to jak powrót z przepustki na wojnę. Gdy tylko przekroczyłem próg firmy, od razu poczułem się zmęczony. Ludzie, z którymi pracowałem, na ogół byli sympatyczni, ale stresująca atmosfera panująca w dużej korporacji coraz bardziej mnie męczyła i wysysała z sił.

– Maciek! Jak było nad morzem? – usłyszałem za plecami głos Renaty, mojej najbliższej firmowej koleżanki. Zatrzymałem się i obróciłem.

– Za krótko. A jak twój weekend?

– Spędziłam cały w łóżku… – westchnęła, ruszając wraz ze mną do wydzielonej części kuchennej.

– No proszę, proszę…

– No i tu się mylisz, nic z tych rzeczy. Leczyłam przeziębienie.

– A ja dopiero łapałem. Kawy?

– Chorego pytają, a ja już czuję się lepiej.

Uruchomiłem ekspres.

– Jestem tu tylko do końca roku – oznajmiłem nowinę.

Nikt nie rozumiał, o co mi chodzi

Zmarszczyła brwi.

– Chyba nie rozumiem…

– Rzucam pracę i wyjeżdżam. Otwieram ośrodek agroturystyczny.

– Serio? – zrobiła oczy jak spodki. – Na żadnej wsi nie zarobisz tyle co tu…

– Reniu miła, mam trzydzieści siedem lat. Przez ponad dziesięć lat pracy tutaj odłożyłem dość pieniędzy, by nie musieć martwić się o kasę przez następną dekadę albo dłużej. Zwłaszcza że nie mam żony, dzieci, nawet zwierząt, nie mam drogich pasji ani nałogów, więc i moje wydatki są skromne.

– I co tam niby będziesz robić? Doić kozy? Nudzić się? O to chodzi? To weź sobie urlop bezpłatny, choćby dwuletni, a potem wróć.

– Nie. Już zdecydowałem. Chcę mieszkać na wsi, ale nie dlatego, że lubię się nudzić. Nie wyobrażam sobie bezczynnego życia. Po prostu myślę, że tam znajdę szczęście, którego tu jakoś nie mogę, nie potrafię…

– Obyś się nie przejechał…

Mimo jej smętnych wieszczeń prace nad ośrodkiem ruszyły jeszcze w tym samym miesiącu. Szło na tyle sprawnie, że wszystko było gotowe już w czerwcu. No prawie, a ja jako perfekcjonista uznałem, że z przyjmowaniem gości poczekam, aż będę w pełni zadowolony. Na razie sam w nim mieszkałem i dopieszczałem szczegóły.

Tamto lato było bardzo kapryśne i obfitowało w niemal apokaliptyczne burze. Na wsi wyglądało to jeszcze bardziej przerażająco i spektakularnie niż w mieście. Szczególnie w pewien czwartkowy wieczór.

Ściana deszczu była tak gęsta, że gdy wyjrzałem przez okno, nie widziałem zupełnie nic. Na dodatek w całej wiosce wysiadł prąd i nie zapowiadało się, by awaria miała zostać szybko usunięta. Skoro i tak nie miałem co robić, postanowiłem położyć się spać, a rano wstać jak najwcześniej i wziąć się do roboty.

Pozwoliłem jej przenocować

Gdy kilkanaście minut później byłem już prawie gotowy do snu, usłyszałem pukanie do drzwi frontowych. Dziwne… Moje gospodarstwo znajdowało się niemalże w szczerym polu. Kto by się tu przywlókł w taką ulewę? Zapaliłem latarkę, podszedłem do drzwi i je uchyliłem…

W progu stała drobna brunetka, przemoczona, zziębnięta i przestraszona.

– Do…dobry wieczór – wyszczękała. – Czy… czy mogłabym wynająć pokój?

– Hm, właściwie… jeszcze nie wynajmuję pokoi…

– Błagam! Może być kawałek podłogi. Zapłacę jak za apartament!

– …więc nie wezmę od pani pieniędzy – dokończyłem, uśmiechając się i otwierając szerzej drzwi. – Ale naturalnie może pani przeczekać tutaj tę apokalipsę. Zaraz przyniosę suche ciuchy i ciepłą herbatę.

Kobieta weszła do środka i wyswobodziła się z przemoczonej bluzy.

– Zepsuł mi się samochód. Dobrze, że akurat parę kroków stąd, bo nie wiem, co bym zrobiła w tę ulewę – wyjaśniała kilkanaście minut później, siedząc, a raczej tonąc w moim dresie i popijając herbatę przy kuchennym stole.

– Sprawdzę jutro i ewentualnie odholujemy go do mechanika, jeśli to coś poważnego. Mogę zapytać, dokąd pani jechała?

– Malwina – przedstawiła się. – Do rodziców. Mieszkają w Gdańsku, więc mam do przebycia prawie całą Polskę. Wyjechałam na studia do Krakowa i już tam zostałam.

Przegadaliśmy z Malwiną całą deszczową noc

Burza przeszła dopiero nad ranem i wtedy postanowiliśmy przespać się kilka godzin. Dałem jej klucze do jednego z pokoi, a sam poszedłem do mojej sypialni.

Po śniadaniu ruszyłem reanimować wóz mojego pierwszego gościa. Niestety, mimo szczerych chęci nie byłem w stanie pomóc. Odstawiliśmy więc jej auto do najbliższego warsztatu i wróciliśmy do ośrodka, gdzie znów się integrowaliśmy.

A im dłużej rozmawialiśmy, tym bardziej chciałem, by została dłużej. Mieliśmy podobne zainteresowania, poczucie humoru i poglądy na wiele spraw. Jak bliźniaki. Dobrze się rozumieliśmy, zaś wspólnych tematów nam nie brakowało.

Ustaliliśmy, że Malwina zostanie, dopóki nie naprawią jej samochodu. Podróż pociągiem wydawała się stratą czasu, skoro za kilka dni i tak musiałaby tu wrócić po swoje auto. W międzyczasie pomagała mi wybierać detale wystroju, takie jak miękkie, puchate dywaniki do pokojów, koce czy obrazki na ściany.

– Dzięki. Zdecydowanie brakowało tu kobiecej ręki – oznajmiłem, wieszając ostatni obrazek w korytarzu. Przedstawiał jakieś fioletowe kwiaty, których nazwy nie byłem w stanie zapamiętać.

– No widzisz! Powinnam pobierać jakiś procent od twoich obrotów – zachichotała wesoło, ale po chwili spoważniała. – Będę się już zbierać. Długa droga przede mną…

Czułem, że gniecie ją to samo, co mnie

Kilka godzin wcześniej odebraliśmy od mechanika jej samochód. Malwina zdecydowała, że pojedzie jeszcze tego samego dnia. Żałowałem, ale rozumiałem – miała prawie tydzień obsuwy i codziennie wieczorem rozmawiała przez telefon z mamą.

Na pewno tęskniła za rodziną. Z jej opowieści wynikało, że widywała ich zaledwie kilka razy do roku. Nie chciała jednak wracać nad morze, bo w Krakowie miała już wszystko poukładane: dobra praca, ładne mieszkanie, grono znajomych. Tylko radości brak.

Może wprost tego nie powiedziała, ale czułem, że gniecie ją to samo, co mnie gniotło w Warszawie, mimo całej przychylności losu, jakiej doświadczałem. Tyle że Malwina chyba jeszcze nie była gotowa na zmianę, więc tak bardzo ją to nie uwierało.

– Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś do mnie przyjedziesz – powiedziałem, odprowadziwszy ją do samochodu.

– A będę mogła liczyć na jakąś zniżkę? Pamiętaj, że miałam swój udział w aranżacji wnętrz.

– Nigdy nie zapomnę…

Przyzwyczaiłem się do obecności Malwiny. Bardzo szybko, podejrzanie szybko. Pocałowałbym ją, ale wtedy mógłby jej nie wypuścić. Patrząc, jak jej auto znika za zakrętem, już tęskniłem.

Przytulając ją na pożegnanie, poczułem smutek

Rok później mój ośrodek agroturystyczny tętnił życiem. Taka cena za spokój poza sezonem. Goście przybywali chętnie i tłumnie, a niektórzy przy wyjeździe zaklepywali terminy na przyszłe wakacje.

Był to dla mnie najlepszy komplement, zarazem dowód na to, iż podjąłem właściwą decyzję. Na pewno pomógł też fakt, że od lat pracowałem w marketingu internetowym, dlatego wiedziałem, jak wypozycjonować swoją ofertę w sieci.

Pewnego upalnego dnia, gdy akurat żegnałem liczną rodzinę, która spędziła u mnie ostatnie dwa tygodnie, usłyszałem, że na parking wjeżdża jakiś samochód. Nie spodziewałem się dzisiaj nikogo nowego, a raczej nikt nie wpadał bez zapowiedzi. Obróciłem się, by zobaczyć, kto przyjechał. I oniemiałem. Malwina!

W dobie internetu i komórek może się to wydawać dziwne, ale nie utrzymywaliśmy kontaktu. Ja nie chciałem się jej narzucać, a ona… widocznie wciąż nie była na mnie gotowa. Do teraz. Przyjechała w odwiedziny i żeby się utwierdzić, i efekcie została na zawsze.

Dzisiaj Malwina jest moją żoną, mamy rocznego synka i wspólnie prowadzimy ośrodek agroturystyczny. Jakby tak miało być. Jakbym przez całe życie zmierzał do tego miejsca, by znaleźć w nim szczęście. I znalazłem, choć na jego pełnię musiałem ciut poczekać.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.  

Related Posts