„Chciałam pomóc biednej starszej pani z mojego bloku. Okazało się, że kłamie, wykorzystuje mnie i okrada swoje dzieci”

O, ja naiwna! Ulitowałam się nad biedną sąsiadką – bo starsza, bo schorowana… A ona co? Zwyczajnie zrobiła mnie w konia!

Na pewno każdy choć raz zetknął się z tak zwaną upierdliwą staruszką. Taką, co to wszystko wie najlepiej, a jak czegoś nie rozumie, to tym gorzej dla tłumaczącego. Takich babuleniek wszędzie pełno. Na ulicach, w autobusach, w kościołach… A także w miejscach zamieszkania.

Właśnie. Po przeprowadzce do nowego bloku miałam nadzieję, że gdzie jak gdzie, ale na strzeżonym osiedlu sąsiedztwo będzie raczej młodsze i bardziej tolerancyjne. Zwłaszcza, pamiętając wyczyny mojej poprzedniej sąsiadki, niejakiej pani Halinki, która widząc mnie wychodzącą z kamienicy, nie mogła nie zatrzymać się na umoralniającą pogadankę. Nieważne, że się śpieszyłam, ona musiała wyrazić swoje oburzenie, że jak to tak można palić papierosy na balkonie, albo puszczać muzykę na full (gwoli ścisłości – jestem niepaląca, a w domu nie miałam nawet radia) i zagłuszać ciszę nocną.

A ten chłopak, co do mnie przychodzi i czasem zostaje na noc, to mój brat?

Nie? Toż to obraza boska! I tak dalej… W nowym mieszkaniu, które wynajęłam od sympatycznego małżeństwa, odetchnęłam z ulgą. Już w pierwszym tygodniu przekonałam się, że sąsiedzi są dokładnie tacy, jakich się spodziewałam. Wszyscy młodzi, weseli i nieczepialscy.

No, prawie wszyscy młodzi. Piętro niżej mieszkała dziarska staruszka, pani Maria. Była jednak wyjątkowo nowoczesna jak na swoje lata. Każdego ranka z uśmiechem na twarzy wychodziła na spacery z kijkami – tak ostatnio modny nordic walking.

Uwielbiała też basen i ćwiczenia pilates, czyli coś, czego nazwy przeciętna staruszka często nie potrafi nawet wymówić. Jak na swoje 75 lat przejawiała również niesłychane zainteresowanie modą. Z pasją biegała po sklepach, kupując coraz to nowe fatałaszki.

Lubiłam panią Marysię

Jej wesoły sposób bycia i niesłychana aktywność dawały nadzieję, że starość nie musi oznaczać marazmu. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że większości emerytów zwyczajnie nie stać na ekstrawagancje, ale pani Maria miała akurat dość majętne dzieci. A konkretnie syna i córkę, którzy dawno już pozakładali własne rodziny i teraz pomagali matce finansowo.

Jakież więc było moje zdumienie, gdy już w pierwszym miesiącu po mojej przeprowadzce pani Maria przyleciała do mnie z prośbą o pożyczkę. Kwota niewielka, staruszka w potrzebie… cóż, wzruszyłam ramionami i dałam jej te kilkadziesiąt złotych. Tym bardziej że obiecała oddać za kilka dni. Po tygodniu oddała połowę…

– Kochanieńka, na razie nie mam więcej – powiedziała. – Ale jak tylko wpłynie mi na konto emerytura, to co do grosza dostaniesz. Czasy ciężkie, sama rozumiesz…

Owszem, rozumiałam. I głupio mi było babcię o te parę groszy cisnąć, więc machnęłam ręką.

– Pani da spokój, wystarczy, że przyniesie mi pani kiedyś kawałek tej pysznej szarlotki, co ostatnio u pani jadłam – uśmiechnęłam się serdecznie.

Nie minęły 24 godziny, a pani Marysia stoi u mych drzwi z szarlotką i prośbą o kolejną pożyczkę.

Tym razem na nieco większą sumę

Trochę zmieszana, pożyczyłam. I to był błąd. Odtąd średnio raz w tygodniu starowinka wpadała pożyczyć pieniądze, a zamiast zwrotu otrzymywałam ciasto i pogadankę o tym, jak to jej w życiu ciężko.

W końcu się wkurzyłam, bo gdyby było tak ciężko, to nie latałaby co chwila po basenach i innych pilatesach, tylko siedziałaby w domu i klepała różaniec, jak inne babcie. Zwróciłam jej na to grzecznie uwagę i powiedziałam, że pieniędzy nie mam. Zresztą zgodnie z prawdą, bo w końcu byłam studentką i pracowałam tylko na pół etatu. Resztę dokładali mi rodzice.

Pani Marysia chyba się obraziła, bo zniknęła mi z oczu na dobry miesiąc

Aż tu nagle, któregoś ranka idę po zakupy i patrzę, a moja sąsiadka stoi przed warzywniakiem z ręką w gipsie!

– Co się pani stało?! – pytam.

– A wiesz, kochanieńka, zima jest, ślisko, przewróciłam się na oblodzonym chodniku, i gotowe. Ręka złamana. Lekarz mówi, że parę miesięcy może się zrastać.

– Oj, bardzo mi przykro – powiedziałam.

– Najgorsze jest to, że teraz nic nie mogę robić! Zmywać ciężko jedną ręką, prać i prasować to samo. A córka zapracowana, często nie ma czasu, żeby mi pomóc…

I co ja, głupia i naiwna, wtedy zrobiłam? Zaoferowałam jej, a jakże, moją pomoc!

– Jakby pani nie mogła sobie z czymś poradzić, to proszę uderzać do mnie. Mam zmywarkę, pralkę nową – to dla mnie żaden problem kilka ubrań dorzucić czy parę naczyń więcej wstawić.

No i już następnego dnia dzwonek do drzwi. Kto? Oczywiście pani Marysia.

– Kochanie, mam parę rzeczy, ale z tą ręką… sama rozumiesz… Jakbyś mogła do mnie podejść i pomóc to przytargać.

Przytarganie „paru rzeczy”, rzeczywiście nie było proste. Dwa kosze brudnych ciuchów i sterta zasyfionych naczyń to nie byle co. Ale jakoś dałam radę.

– Tylko, jakbyś mogła na pojutrze się z tym wyrobić, byłabym wdzięczna, moja droga – zastrzegła Marysia przed wyjściem. – W piątek mam wizytę u lekarza, muszę jakoś wyglądać.

Nie planowałam prania jeszcze przez pewien czas. Mieszkam sama, więc nie zbiera się tego aż tak dużo, ale skoro starowinka prosi… Zabrałam się za robotę. W końcu, tak jak mówiłam, to żaden problem włożyć rzeczy i czekać, aż się samo zrobi. Taki urok nowoczesnej techniki.

Gorzej z prasowaniem. Nienawidziłam tego robić, a praktycznie wszystkie ubrania pani Marysi tego wymagały. Dobre dwie godziny zajęła mi zabawa z żelazkiem, kiedy już rzeczy wyschły. Ale mimo to cieszyłam się, że mogę pomóc starszej pani. Durna baba ze mnie!

Cały ten cyrk zaczął się powtarzać z ogromną częstotliwością

Tempo, w jakim pani Marysia brudziła ciuchy i talerze było zadziwiające! Zupełnie, jakby w jej domu mieszkała nie jedna, ale z dziesięć staruszek! Do tego doszły jeszcze zakupy, odkurzanie mieszkania i wynoszenie śmieci. Szybko zaczęłam żałować, że zaoferowałam się z pomocą, bo moja dobroć była przez nią ewidentnie nadmiernie wykorzystywana.

Ale głupio tak powiedzieć babci ze złamaną ręką, żeby sama sobie robiła porządki. Do myślenia dała mi rozmowa z inną sąsiadką. Któregoś dnia, kiedy tachałam na swoje piętro kosz brudnych ubrań, spotkałam ją na klatce. Pani Ela mieszkała naprzeciwko pani Marysi. Wymieniłyśmy grzecznościowe „dzień dobry”, po czym pani Ela spytała:

– Co, panią też już nasza babcia do roboty zaprzęgła?

– Nie rozumiem… – zdziwiłam się.

– Ha! Bo pani nowa jest. Tutaj wszyscy już to przerabialiśmy. Nasza pani Maria to sprytna staruszka. Proszę na nią uważać… Przychodziła już pożyczać pieniądze?

Zdębiałam. Nie chcąc dyskutować o pieniądzach, powiedziałam:

– Ja jej po prostu pomagam. Bidula przecież z tą ręką złamaną nic robić nie może…

– Jaką znowu ręką? – spytała, a w jej oczach dostrzegłam rozbawienie. – No, jak to… Przecież rękę w gipsie ma, nie widziała pani?

– Nie, nie widziałam – odparła stanowczo sąsiadka. – Za to widzę, jak każdego ranka zasuwa z tymi swoimi kijkami do parku i z powrotem. Cała i zdrowa.

No to pięknie! Czyżbym została perfidnie oszukana? Powiem szczerze – panią Marysię zwykle widywałam wieczorami. Wcześnie wychodziłam do pracy, a potem na zajęcia, więc…

Postanowiłam to sprawdzić

Jeszcze tego samego dnia zadzwoniłam do pracy, że się spóźnię i następnego ranka przyczaiłam się za firanką. Moje okna wychodzą na podwórko, czyli na stronę, gdzie są wyjścia z klatek schodowych. Nie minęło 10 minut, patrzę – a tu pani Marysia, cudownie ozdrowiała i bez śladu złamania popyla z kijkami na „przechadzkę”.

Jak się nie wkurzyłam! Narzuciłam płaszcz i wybiegłam z mieszkania, chcąc dogonić staruszkę i nieźle jej nawrzucać. Nie zdążyłam jednak zbiec na dół, bo piętro niżej natknęłam się na córkę pani Marii. Świetna okazja! Zatrzymałam się i w skrócie przedstawiłam jej sytuację. Ciekawe, co córcia na to… Prawie mnie z nóg zwaliło, kiedy usłyszałam co.

 Ale jaka ręka, jaki gips? Co pani mówi? No i jak to pani sprząta? – zdumiała się. – Przecież ja mamie specjalnie pieniądze na pomoc domową zostawiam…

Okazało się, że sprytna babcia symulowała złamanie ręki. A cały ten cyrk z gipsem to była sztuczka wprowadzona w życie dzięki znajomemu lekarzowi. Po prostu kobieta wymyśliła sobie sposób na to, jak zaoszczędzić kasę, a jednocześnie pozbyć się bałaganu.

A co zrobiła przedsiębiorcza staruszka z pieniędzmi na sprzątaczkę? Wydawała na karnety na basen i do fitness klubu oraz na nowe ciuszki! Po tym doświadczeniu stwierdziłam, że jednak zdecydowanie wolę te tradycyjne, wszystkowiedzące i umoralniające staruszki niż nowoczesne babcie.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.  

Related Posts