„Mąż zostawił mnie dla młodej kochanki. Wrócił z kwiatami i słodkimi słówkami, a ja naiwna mu wybaczyłam”

„– Przyleciał do mnie w nocy i oznajmił, że żonę dla mnie zostawił. On myślał, że to wielka miłość. Wywaliłam na wycieraczkę starego dziada. To poleciał do tej swojej niby skruszony. Kwiatki, smutne oczka, przeprosiny, ale teraz znowu do mnie przychodzi”.

Cisza. Już dawno przebrzmiał huk drzwi zamkniętych z wściekłością i echo podniesionych głosów. Ucichła wrzawa wokół, ale nie we mnie. W mojej głowie wciąż płynął wzburzony potok złych myśli. „Jak on mógł? Jak mógł tak po prostu wyjść? Powiedzieć, że kocha tamtą i mnie zostawić. Przecież wszyscy zapewniali mnie, że małżeństwo to cement wspólnego życia. Wolne związki są dobre na chwilę, ale potem trzeba myśleć poważnie. No to myślałam poważnie. A on?!”.

Wściekłość powoli opadała, przychodził smutek. To naprawdę koniec. Jeszcze nieprzypieczętowany żadnymi ustaleniami, podziałem opieki nad dziećmi, kłótniami o majątek, ale już oczywisty. To tak, jakbyśmy stali na lodowej krze, która pękła, a my powoli się od siebie oddalamy. Można jeszcze przeskoczyć przez wąski pas wody albo chwycić się za ręce. O ile ktoś chce. W głowie galopowały myśli i wspomnienia. Sprzed kilkudziesięciu minut, sprzed roku, ale i te z dawnych lat. One były najlepsze, najbardziej radosne. Ówczesne troski uleciały, zatarły się w pamięci, a pozostały jedynie dobre obrazki. Wspólne wakacje, grono przyjaciół, czekanie na wyjazd rodziców i „wolną chatę”. I słowa, mnóstwo dobrych słów.

Czy zdrada męża to moja wina?

Kiedy to się zaczęło psuć? Bo przecież kiedyś musiało. To niemożliwe, żeby zdradzić ot tak. Dziewczyna się uśmiechnie, pokręci tyłkiem, a facet już rzuca żonę i dotychczasowe życie. Widziałam ją kiedyś, jeszcze zanim się dowiedziałam, że coś ich łączy. Nic specjalnego. Młoda panienka, nawet ładna, ale żadna piękność. Nawet przez myśl mi nie przyszło, że z powodu kogoś takiego mogłabym stracić męża. Coś ważnego musiało się kiedyś między nami zepsuć, a myśmy to przeoczyli. Zabiegani w naszej codzienności, kiedy rozmowy i kontakty sprowadzają się do ustaleń, kto odbiera dziecko z przedszkola albo jaki film jest lepszy w sobotni wieczór. Ugrzęźliśmy w szarości życia. Nie zadbaliśmy o nas.

A może to ja nie zadbałam? Ostatni czas wydawał mi się dobry. Byłam szczęśliwa. Kilka miłych wieczorów, dobra atmosfera w domu, dostawałam kwiaty, ale również coraz częściej zostawałam sama. Teraz wiem, że spędzał czas u tej… Łykam przekleństwo i kilka wulgarnych epitetów. Matce nie wypada kląć. Ale na łzy nie ma mocnych. Kapią, ciekną, płyną strumieniem… I znowu smutek. Kry lodowe się oddalają. Niby nic się dalej nie dzieje. On wyszedł, a ja zostałam tutaj, ale w duszy stajemy się powoli wrogami. Bo teraz zostawił mnie nie tylko fizycznie, nie tylko otwarcie powiedział, że idzie do innej, ale również nie zainteresował się, jak to znoszę, nie sprawdził, czy mnie nie zabił tą informacją. Jakbym była dla niego obcą, obojętną osobą. „A gdybym popełniła teraz samobójstwo…?”. Krwawa stróżka z przegubu ręki w wannie pełnej ciepłej wody jawi mi się przez moment jak baśniowy sen. „Nie. Mam obowiązki, dzieci. Muszę pozostać i żyć. Ale dlaczego on to zrobił? Czuł się za mało kochany, zbyt mocno przygnieciony obowiązkami, zniewolony w naszym życiu? Nie bardziej niż ja, a jednak tylko on szukał okazji na boku. Czy mu wybaczę, jeżeli wróci? Nigdy!”.

Ze wzburzenia aż się poderwałam z krzesła. „Przysięgał, więc niech cierpi za złamanie obietnic. Będzie spał na wycieraczce, a ja szklanki wody mu nie podam”. Trochę mnie to podbudowało na duchu, ale tylko na chwilę. Godziny mijały, a on nie wracał i nie prosił o przebaczenie. Nie miałam szansy pokazać, jak jestem bezwzględna. Znowu łzy smutku i bezradności. Dzwonek do drzwi. A jednak! Rzucam się, jednak po kilku krokach staję. „Co ja robię? Idiotka! Ma być kara! Niech idzie spać na wycieraczce i skamle o litość, jak planowałam!”. Ale nic z tego, otwieram i stoimy naprzeciwko siebie w przeraźliwie długiej chwili ciszy. Widzę kwiaty i patrzące znad nich oczy zbitego psa. A w głowie mam tylko dwa słowa: wejdź lub spadaj. „Może od tego wyboru zależy całe moje dalsze życie?”. Wizja smutnego mężczyzny mojego życia siedzącego na wycieraczce oddala się w zawrotnym tempie. Górę biorą inne obrazy, te lepsze, dawniejsze, za którymi tęsknię i za które dam każdą cenę.
– Wejdź – mówię.

Bukiet i właściciel smutnych oczu wchodzą. Chociaż nie, już nie są smutne. Czyżby triumfalne? Nie mam ochoty tego analizować. Wrócił. To znaczy, że chce jeszcze wskoczyć na moją odpływającą lodową wysepkę. Mam nadzieję, że chce. I znowu mnóstwo słów między nami. Obiektywnie rzecz biorąc, pozytywnych słów. Pełnych dobrych chęci, tłumaczeń, obietnic. Tylko dlaczego one nie smakują jak kiedyś? Czemu nie mają takiej samej mocy jak kilka lat lub kilka dni temu? Znowu się kochamy, szanujemy, wspieramy. On tak mówi. Ja tak mówię. Z przerażeniem czuję, że to niewiele daje. Słowa przelatują przez nas jak woda przez sitko. Nie budują już, opóźniają jedynie to coś, co zapoczątkowało się kiedyś. Znowu wszystko pęka, tym razem gorzej, bo nie ma jasnej sytuacji. Nikt nie krzyczy, nie odchodzi w zimno wieczoru, nie ma rozłamu na czarne i białe. A ja znowu analizuję całe życie. „Gdzie tkwił błąd? Co zrobiliśmy źle? Jak można było zaradzić?”. Coraz częściej jestem sama i już nie tylko dlatego, że nie ma go w domu. Ja też zaczynam unikać bycia razem. Co mi po ciągłym patrzeniu na coraz bardziej obcego człowieka i jego ciepłych gadkach, które mnie nie przekonują? Buduję niezależność, bo nie mam już pewności co do dalszych swoich losów.

Kilkanaście dni po naszym burzliwym rozstaniu i szybkim do siebie powrocie spotkałam się z przyjaciółką w kawiarni. Nie zwierzam się jej ze wszystkich problemów sercowych, ale w trudnych chwilach jest nieoceniona i jeszcze nigdy się nie zawiodłam. Każde nasze spotkanie kończy się nowym spojrzeniem na sprawy, mam więcej optymizmu i wiary w siebie oraz otaczający mnie świat. Tak było i tym razem. Pogadałyśmy sobie od serca. Ja się wyżaliłam i dostałam od niej niezły opiernicz. Za to, że daję sobą pomiatać, że mam tak niską samoocenę, że byle bukiecik i żałosne oczka smutnego basseta są w stanie mnie powstrzymać od słusznej kary za grzechy, że jestem zbyt ufna itd. Dostałam najpierw sporą burę, a potem trochę pozytywnej psychoterapii. Pod koniec spotkania byłam już prawie gotowa do zmian w moim życiu. Prawie. Bo jednak gdzieś tam, głęboko w środku, wciąż się wahałam, wciąż miałam nadzieję. Koleżanka poszła do toalety. Zapadłam w zadumę. Naraz usłyszałam chichoty. Skupiłam się i doszły do mnie strzępy rozmowy prowadzonej przez dwie kobiety przy stoliku obok, oddzielonym parawanem. Musiały być młode…

– Nudny już jest. Wtedy przyleciał do mnie w nocy i oznajmił, że żonę dla mnie zostawił, że beze mnie żyć nie może…
Znowu chichoty. Głos kontynuował:

Wywaliłam na wycieraczkę starego dziada. On myślał, że to wielka miłość, że ja z nim pójdę do ślubu, a potem dzieci mu będę chciała rodzić…

Ponownie chichoty. Zamarłam, słuchając tych opowieści, które wydawały mi się jakby z mojego życia wzięte. Dziewczyny chichotały, opowieść ciągnęła się dalej.
– To poleciał do tej swojej, niby skruszony. Kwiatki, smutne oczka, przeprosiny, ale teraz znowu do mnie przychodzi. Póki nie sknerzy, niech przychodzi. Słuchaj, ostatnio spotkałam fajnego chłopaka, naprawdę super. Patrz, to jego zdjęcie na fejsie… – rozmowa skręciła w zupełnie innym kierunku.

Siedziałam jak porażona. „To ona?” Wpadłam za parawan i się zaczęło. Po chwili dziewczyna była oblana kawą, miała potargane włosy i zdeptany telefon komórkowy, a ja biegłam do wyjścia.

To nie była ona. Zupełnie inna, obca dziewczyna. Mój mąż nie miał z nią nic wspólnego. Może i narozrabiałam w tej kawiarni, może zaatakowałam niewinną osobę, ale i tak byłam zadowolona. Jakbym wygrała pierwszą bitwę w dużej wojnie. Precz z niezdecydowaniem!

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.  

Related Posts