„Ja leżałam nieprzytomna w szpitalu, a mój mąż w tym czasie zabawiał się z kochanką. Teraz jego ukochana jest w ciąży”

„W wypadku straciłam ciążę. Zachowanie męża tłumaczyłam żałobą po stracie dziecka. – Jak miałem ci o tym powiedzieć? Byłaś połamana, w śpiączce, nie wiadomo było, czy kiedykolwiek się obudzisz i będziesz sprawna. Nie jestem aż takim gnojkiem. Nie mogłem porzucić żony w nieszczęściu i chorobie”.

Pojawiło się coś. Poczułam to. Wydobyłam się ze szczelnie otulającej mnie ciemności, przez którą przebiło się wspomnienie wyprzedzającego „na trzeciego”, pędzącego wprost na mnie samochodu.

Miałam wypadek, pomyślałam, i widoczne sformułowanie tej myśli wycieńczyło moje siły, bo znów zapadłam w nicość. Jakiś czas balansowałam na granicy jaźni i niebytu. Kiedy na dłużej odzyskałam świadomość i otworzyłam oczy, odkryłam, że przy moim łóżku czuwa osoba w białym fartuchu. Musiała zauważyć ruch moich powiek, bo na chwilę nasze spojrzenia się zetknęły. I naraz zalała mnie jasna, różowa poświata, coś w rodzaju łuny.

– Słońce wschodzi czy zachodzi? – zafascynowana niezwykłym światłem, choć z trudem wydobyłam z krtani chrapliwy głos, zapytałam o to, co w danym momencie wydawało mi się najważniejsze.

– Obudziła się pani. Proszę nic nie mówić – osoba gestem uciszyła moje próby ponowienia pytania. – Zawołam lekarza.

Gdy wyszła, wraz z nią zniknął także różowy blask. Byłam zbyt słaba i obolała, aby się tym zajmować. Myśli mi się plątały. Próbowałam sobie przypomnieć, co właściwie się stało, jakim cudem uniknęłam czołowego zderzenia, co zmęczyło mnie tak bardzo, że znowu odpłynęłam.

Przy moim łóżku był lekarz i pielęgniarka

Dziwna rzecz, ale każde z nich widziałam jakby w innym świetle. O ile kobietę nadal otaczała różowawa aureolka, o tyle mężczyzna tkwił w szarozielonym kokonie. Między nimi raz po raz przebiegały barwne wstęgi przypominające warstwy zorzy polarnej. Piękne. Dziwne, ale piękne. Lekarz zadał mi szereg fachowych pytań i udzielił kilka skąpych wyjaśnień.

– Jak się pani nazywa? – pochylił się nade mną tak nisko, że poczułam zapach jego wody toaletowej. Za to z bliska nie widziałam już szarozielonej otoczki.
– Marta Kowalik – szepnęłam. – Jak długo tu jestem?

Dowiedziałam się, że od miesiąca, że w wyniku wypadku doznałam urazu głowy, uszkodzenia kręgosłupa szyjnego, złamania barku i wielu innych, pomniejszych kontuzji. Oraz tego, że straciłam ciążę.

– Jak się pani czuje? – pytanie padło bezpośrednio po ostatniej informacji, której jeszcze nie przetrawiłam. Do tego momentu nawet nie pamiętałam, że spodziewałam się dziecka.
– Ja? Nie wiem… – patrzyłam bezradnie, jak wokół głowy lekarza zaczynają krążyć fioletowe smugi. – Ale chyba mam coś ze wzrokiem…
– To możliwe po obrażeniach w rejonie czaszki – poinformował mnie, nie wnikając w charakter moich zaburzeń. – Zlecę konsultację okulistyczną. I przyślę psychologa. Proszę się nie martwić, wszystko będzie dobrze – zapewnił rutynowo, kierując się już ku drzwiom. Zanim wyszedł, dodał: – Po południu na krótko wpuszczę do pani męża.

Usiłowałam jakoś uporządkować te wiadomości

Wypadek, obrażenia, mąż, ciąża… Teraz już doskonale pamiętałam naszą trzymiesięczną radość i nadzieję. Razem z Damianem bardzo pragnęliśmy dziecka i długo na nie czekaliśmy. Teraz wszystko przepadło przez jakiegoś pirata drogowego. Damian przyszedł po obiedzie. Wydawał mi się poszarzały, ale może z powodu zielonego, sterylnego fartucha, jaki miał na sobie. Ucałował mnie w czoło, zapytał, czy czegoś potrzebuję, zapewnił, że wszystko będzie dobrze, zupełnie jak lekarz wcześnie, i równie beznamiętnie to zabrzmiało. Chciałam z nim porozmawiać o dziecku, ale mi przerwał, mówiąc, że lekarz zabronił mu mnie męczyć i denerwować. Wkrótce potem się pożegnał.

O ile w pierwsze dni po odzyskaniu przytomności bardzo dużo spałam, o tyle w kolejnych zaczęłam cierpieć na bezsenność. Nie chcąc prosić o kolejne leki, leżałam nocami, łowiąc strzępy rozmów prowadzonych przez dyżurujące na korytarzu pielęgniarki.

– Nie rób sobie złudzeń – doleciał mnie charakterystyczny, niski głos siostry oddziałowej. – On jest zaręczony z tą rezydentką z interny, córką profesora…
– Ale ja go tak kocham – w głosie drugiej dominowały ból i skarga.
– To bez sensu, zapomnij o nim – radziła oddziałowa. – A teraz zajrzyj do tej pacjentki po wypadku. Może czegoś potrzebuje…

Usłyszawszy lekkie kroki zbliżające się do mojego pokoju, przymknęłam powieki. Nie chciałam, aby wydało się, że nie śpię. Ciekawość, która z sióstr jest nieszczęśliwie zakochana, nie pozwoliła mi zamknąć ich zupełnie. Przysłonięte rzęsami oczy utkwiłam w uchylonych drzwiach. Po chwili pojawiła się w nich ta sama pielęgniarka, którą zobaczyłam zaraz po odzyskaniu przytomności. Teraz jednak nie spowijała jej różowość, lecz brzydki bury cień. Widać smutki też mają swoje kolory, pomyślałam ze współczuciem. Leżąc w szpitalu, przeszłam wiele badań, z których każde wykazało, iż miałam bardzo dużo szczęścia – żaden z odniesionych urazów nie pozostawił poważniejszych skutków trwałych.

Powoli wracałam do zdrowia

No, prawie, bo jakieś tam blizny i konsekwencje będą, wiadomo. Mnie osobiście najbardziej niepokoiły te zaburzenia wzrokowe. Zastanawiające było to, że nie występowały ciągle – pojawiały się znienacka, czasem w postaci różnobarwnych błysków, czasem przybierały kształt kolorowej mgły. Konsultacje neurologiczne i okulistyczne nic nie dały. Nikt nie potrafił wytłumaczyć ich powodu ani obiecać, że kiedyś ustąpią.

– Trzeba czekać i obserwować, pani Marto – słyszałam za każdym razem, kiedy się skarżyłam.

Powoli wracałam do zdrowia fizycznego, za to psychicznie czułam się coraz gorzej. Krótkie, choć codzienne wizyty Damiana bynajmniej mnie nie uspokajały. Mąż sprawiał wrażenie czymś zaaferowanego, nieobecnego myślami, roztargnionego. Coraz częściej wokół jego głowy pojawiały się ciemne, niemal fioletowe smugi, które w miarę trwania wizyty jakby gęstniały. Wydawały się takie materialne. Kiedyś nawet spróbowałam ich dotknąć, ale moja dłoń przecięła jedynie powietrze. Nie mówiłam mu o tych widzeniach, bojąc się, że mnie wyśmieje albo uzna za wariatkę. Ostatnio bywał w stosunku do mnie niemiły i niecierpliwy. Kiedy spytałam go o przyczynę złego nastroju, wybuchł:

 Nie żyje nasze dziecko – w moich uszach brzmiało to jak: „zabiłaś nasze dziecko” i aż skuliłam się na łóżku, przerażona siłą głosu i czarną obwódką, jaka mignęła koło jego głowy.

Trwoga musiała odbić się na mojej twarzy, bo nieco złagodził ton i dalej ciągnął już w formie skargi:

– Z czego mam się cieszyć? W firmie same kłopoty, ty chora…

Mąż uważał, że to ja zabiłam nasze dziecko

Nie wiedziałam, co mam mu powiedzieć. Nie czułam się niczemu winna, wypadek nie był przeze mnie spowodowany, byłam ofiarą, tak jak nasze dziecko. Chciałam usłyszeć słowa otuchy, pocieszenia i zapewnienie, że nic się między nami nie zmieniło, że nadal mnie kocha. Ale nic takiego nie mówił. Czułam, że Damian postrzega to wszystko inaczej, że trudne doświadczenia zmieniły i mnie, i jego. Nasze kolejne spotkania pełne były wzajemnego żalu i urazy. W końcu mogłam wyjść ze szpitala. Mąż mnie odebrał i odwiózł do domu, ale zaraz potem wyszedł, twierdząc, iż ma ważne sprawy do załatwienia.

Szybko przekonałam się, że tych „ważnych spraw” miał coraz więcej, a ja siedzę sama w domu coraz dłużej. Coraz częściej też widziałam wokół jego sylwetki ciemne, przygnębiające kolory. Coś go trapiło, więc ja też się stresowałam. Byłam jak napięta struna. Czułam, że patrzę na coś bardzo ważnego, ale nie potrafię zrozumieć istoty tego czegoś. Że coś zaniedbuję, że uciekam od czegoś, z czym boję się zmierzyć…

Jedyną osobą, z którą mogłam szczerze porozmawiać, była moja przyjaciółka. Kiedy uległam wypadkowi, przebywała akurat na stypendium za granicą, ale właśnie wróciła.

– Jak dobrze cię widzieć – przytuliłam się do niej, kiedy tylko stanęła na progu.
– Ciebie też, Martusiu – ostrożnie odwzajemniła uścisk. – Tak bardzo się martwiłam. Tak mi przykro, że nie mogłam być przy tobie…
– Ale już jesteś. Chodź, pogadamy – wciągnęłam ją do środka. – Bo wypadek to tylko czubek góry lodowej… Ty pierwsza opowiadaj, co u ciebie. Łaknę dobrych wieści, a ty jesteś taka promienna, że na pewno masz jakieś w zanadrzu – Klaudynę rzeczywiście spowijała świetlista, łososiowa mgiełka.
– Wykształcił ci się szósty zmysł? – mrugnęła do mnie.
– Potem ci powiem, bo to część problemu. Najpierw ty mów, kim jest ten szczęśliwiec.
– Kolega, którego poznałam na stypendium. Myślałam, że to z jego strony tylko chwilowe zauroczenie, ale wygląda na to, że myśli o mnie poważnie.
– Cudownie! Bardzo się cieszę, że przynajmniej u ciebie miłość kwitnie.
– A u ciebie nie kwitnie? Co się porobiło?

To była długa rozmowa. Klaudyna wysłuchała o wszystkich moich lękach, frustracjach, pretensjach do losu i męża. No i o moich „kłopotach z oczami”. Nie przerywała mi. Dopiero kiedy umilkłam, zaczęła zadawać pytania.

– Przed wypadkiem nie miałaś tego typu widzeń?
– Nigdy – zaprzeczyłam stanowczo. – Pierwsze pojawiło się dopiero po odzyskaniu przytomności. Są nieregularnie i nie dotyczą każdej osoby. Nie wiem, kiedy się pojawią ani kto je wywoła. To bardzo męczące, bo łączy się z nimi zarówno niezrozumienie, jak i potrzeba działania – próbowałam objaśnić swoje emocje. – Do tego jeszcze Damian i ta jego ciemna aura, którą widzę najczęściej. Boję się – wyznałam płaczliwie.
– Masz czego – przyznała Klaudyna – ale nie jesteś całkiem bezradna. Możesz coś z tym zrobić.
– Niby co? – pociągnęłam nosem.
– Przede wszystkim powinnaś poważnie porozmawiać z Damianem. Nie musisz mu mówić o spowijającej go ciemności, ale możesz powiedzieć, że czujesz, iż jego stosunek do ciebie się zmienił. Niech wyjaśni, co się dzieje. Czy jego zachowanie spowodowane jest żałobą po dziecku, czy są jakieś inne powody. To jedno – pociągnęła łyk wystygłej już herbaty. – A druga sprawa to twoje wizje. Powinnaś skontaktować się z dobrym psychiatrą, znam takiego, podam ci namiary.

Ja leżałam w szpitalu. On zabawiał się z kochanką

Rozmowa z mężem sporo mnie kosztowała i postawiła moje życie na głowie. Początkowo się wypierał, twierdził, że mam urojenia, że po wypadku pomieszało mi się w głowie. Potem się rozpłakał i przyznał, że kiedy ja leżałam nieprzytomna, on znalazł pocieszenie w ramionach sekretarki. To miał być chwilowy romans, sposób na ukojnie, ale rozwinęło się z niego obopólne uczucie. Teraz ona jest w ciąży.

– Jak miałem ci o tym powiedzieć? – znowu przeszedł do ataku. – Byłaś połamana, w śpiączce, nie wiadomo było, czy kiedykolwiek się obudzisz i będziesz sprawna. Nie jestem aż takim gnojkiem. Nie mogłem porzucić żony w nieszczęściu i chorobie…
– Nie jesteś takim gnojkiem czy nie jesteś na tyle odważny? – domagałam się uściślenia.

Ciemne wstęgi wokół jego głowy zrobiły się całkiem czarne.

– Chodziło ci o mnie czy o to, co ludzie powiedzą?
– Czy to teraz ważne? Ty znasz całą prawdę, a ja chcę rozwodu.
– Masz rację. Też cię już nie chcę – spowijający go mrok był gęsty jak smoła. – Spakuj się i wyjdź. Resztę załatwimy przez adwokatów.

Przez kilka następnych dni odreagowywałam tę rozmowę, ale w końcu poczułam się na tyle silna, aby pójść do poleconego przez Klaudynę psychiatry. Sympatyczny z wyglądu pan wypytywał mnie długo i szczegółowo.

Nie należy walczyć z tym, co wzbogaca nasz świat

– Te pani widzenia mogą być rodzajem synestezji – zawyrokował. – Możliwe, że na skutek wypadku nastąpiły pewne zmiany w mózgu, które teraz pozwalają pani dosłownie widzieć cudze emocje. Można tę przypadłość potraktować jako przekleństwo, ale ja radziłbym, aby uznała to pani za swego rodzaju dar. Trochę kłopotliwy – lekko się uśmiechnął – ale niewątpliwie pożyteczny. Proszę przestać się go bać, a zacząć go używać.

– A nie można tego jakoś leczyć, panie profesorze? Przyznam się, że jak na razie ten cały talent przyniósł mi więcej zmartwień niż korzyści.
– Nie znam skutecznej terapii na coś, co nie podpada pod żadną konkretną jednostkę chorobową – rozłożył bezradnie ręce. – Ale moim zdaniem nie należy walczyć z czymś, co wzbogaca nasz świat i nasze postrzeganie. Dodatkowy zmysł to zawsze plus. Trzeba go tylko okiełznać, oswoić i ustalić, jak z niego korzystać. Wtedy przestanie wydawać się groźny. Proszę przychodzić do mnie za każdym razem, gdy nie będzie pani potrafiła sobie z nim poradzić.

Rada profesora nie była łatwa do zastosowania i jeszcze wiele razy, zapłakana, pukałam do drzwi jego gabinetu. Ale po jakimś czasie nauczyłam się „instrukcji obsługi” mojego szóstego zmysłu, co przynosiło wymierne efekty. Kilkukrotnie wizje ostrzegły mnie przed podpisaniem niekorzystnej dla mnie umowy, bo nad głowami pośredników pojawiały się ciemne barwy. Uchroniłam też sąsiadkę przed wynajęciem pokoju potencjalnemu lokatorowi, którego postrzegałam w brunatnym kolorze – okazał się poszukiwanym oszustem.

No i dzięki mojemu talentowi zainteresowałam się mężczyzną, który został moim mężem. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam go na ślubie Klaudyny, otaczał go tęczowy nimb. Urzekający. Ta świetlista aureola nie opuszcza go do dziś…

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.  

Related Posts