„Wychowuję córkę, którą mój mąż ma z kochanką. Przed śmiercią poprosiła mnie, żeby zaopiekowała się ich dzieckiem”

„– Chciałabym panią prosić, żeby się pani nią zaopiekowała, gdyby ze mną się coś stało. Wspólnie z Romkiem oczywiście. Wiem, że on mnie nie kocha, kocha panią. A ja… Widzi pani, ja… mnie może wkrótce zabraknąć”.
Tak będzie pięknie, spójrz w lustro, kochanie – białe kwiaty we włosach Natalii wyglądały rzeczywiście wspaniale. Ona cała wyglądała zjawiskowo. Biała gustowna suknia z trenem leżała jak ulał na jej zgrabnej figurze, a delikatna uroda współgrała z całością.
– Córeńko, no proszę, spójrz wreszcie. – A może lepiej przypiąć je z drugiej strony?
– Nie mamuś, tak jest dobrze – poprawiła kwiaty, uściskała mnie i zakręciła wokół siebie jak w tańcu. – O Boże, jaka jestem szczęśliwa!
– Leć, pokaż się ojcu, No biegnij…

Wiedziałam, że Roman będzie zachwycony. Bezgranicznie kochał Natalkę i był wobec niej zupełnie bezkrytyczny. To ja, choć kochałam ją tak samo, pełniłam rolę tej bardziej surowej, dyktującej normy, wymagającej. Myślę jednak, że dzięki temu dobrze ją wychowałam. A teraz… Teraz oddajemy ją człowiekowi, którego ona sama pokochała i myślę, że z wzajemnością. A jednak coś ściska w sercu i łza się kręci w oku. Będzie szczęśliwa, wiem to na pewno, choć Bóg jeden wie, ile przeszkód na tej drodze do szczęścia przyjdzie jej pokonać. Będę się modliła, żeby było ich niej niż było to dane mnie samej…

Kochałam Romana całym sercem

Ja też miałam na swoim ślubie przepiękną białą suknię i jeszcze welon, na znak niewinności. Roman był moim pierwszym mężczyzną, pierwszą wielką miłością.
– Żeby tylko kiedyś nie zamarzyło ci się spróbować jak to jest z innymi – przekomarzał się ze mną.

Ale gdzie mnie tam było próbować z innymi, zakochana byłam w nim po same uszy. Poznaliśmy się na wiejskiej potańcówce. Od razu mi się spodobał i nie tylko mnie. Prawie wszystkie panny za nim oczami wodziły, ale on wybrał właśnie mnie. Jak zaprosił do pierwszego tańca, tak później z rąk do końca zabawy nie wypuścił.
– A bo byłaś taka piękna. I taka… akurat dla mnie – tłumaczył później, kiedy już postanowiliśmy ze sobą chodzić.

Oboje pokończyliśmy szkoły w pobliskim miasteczku. On wyuczył się na hydraulika, a ja, że miałam smykałkę do ręcznych robót, zostałam krawcową. I kiedy już te szkoły pokończyliśmy, to na wsi zaczęli ludzie szemrać, że czas na wesele. Wcale szemrać nie musieli, bo i tak zamierzaliśmy się pobrać. Przecież się kochaliśmy. Niby wiedziałam, że tak właśnie będzie, a jednak przeżyłam bardzo całą tę scenę proszenia rodziców o moją rękę.
– Tylko nie zrób mi jej krzywdy, bo będziesz miał ze mną do czynienia – próbował być groźnym ojciec.

– Ja miałbym zrobić Basi krzywdę? – wzburzył się. – Już prędzej sam siebie bym skrzywdził.

W dzień ślubu byłam bardzo szczęśliwa. Tak samo, jak teraz Natalka. Kościół był pełen ludzi, a proboszcz naszej parafii pięknie poprowadził ceremonię.
– Co Bóg złączył, niech człowiek nie waży się rozłączać – te słowa zapamiętałam na całe życie.
Po ślubie przeprowadziliśmy się do miasteczka, bo tam z naszymi zawodami łatwiej było o pracę, a poza tym co miejskie życie, to miejskie. Roman dosłownie i w przenośni nosił mnie na rękach.
– Moja ty żono najpiękniejsza. Moje ty słońce, życie całe – powtarzał wciąż, wcale się przy tym nie przejmując, że słuchają tego ludzie.

Aż moje koleżanki, chyba z zazdrości, mówiły, że to lekka przesada i żebym się cieszyła póki proza życia nas nie dopadnie, zwłaszcza jak przyjdzie na świat dziecko. Ale tego właśnie pragnęliśmy najbardziej na świecie. Coś nam jednak nie bardzo z tym dzieckiem wychodziło. We wsi, kiedy przyjeżdżaliśmy do rodziców, ludzie już szeptać zaczynali, że co to za małżeństwo, jak Bóg potomstwa poskąpił, co to za rodzina, niepełna jakaś, ułomna.

– A może lekarza trzeba się poradzić? – zagaiła któregoś dnia moja mama. – Żaden to wstyd, a nuż coś na to zaradzi.

Wciąż miałam nadzieję, że natura sama swego dokona, ale w końcu po dwóch latach bez dziecka poszliśmy po lekarską poradę. Lekarz zlecił badania, a potem stwierdził, że wszystko z nami w porządku i tylko mamy jakąś psychiczną blokadę. Może za bardzo chcemy tego dziecka?
– Najlepiej będzie jak państwo wyjadą gdzieś oboje na urlop, wypoczną i nie myślą za wiele o tym, by powiększyć rodzinę. Wszystko przyjdzie w swoim czasie – pocieszył nas.

Tak zrobiliśmy. Nigdy nie byłam nad morzem, postanowiliśmy więc tam pojechać. Tyle rzeczy nowych zobaczyłam, tyle ciekawego się działo, że faktycznie, nie myśleliśmy za wiele o naszych kłopotach. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Już miesiąc po powrocie stwierdziłam, że wreszcie będziemy mieli wymarzone dziecko.

Brzuch mi rósł, a ja obnosiłam go z coraz większą dumą. Będziemy mieli dziecko. Malutkie rączki, malutkie paluszki – cud natury. Kiedyś po raz pierwszy powie „mama”, postawi pierwszy krok, powie pierwsze słowo i to ja go tego wszystkiego nauczę. Wieczorami siadaliśmy z Romanem i wymyślaliśmy imię dla naszego maluszka. Badania USG wykazały, że będzie dziewczynka.
– Natalia – zadecydował w końcu Romek. Podobało mi się i stanęło na tym, że będzie Natalia.

– Tata powiedział, że wyglądam jak księżniczka i że będę najpiękniejszą panną młodą – zaśmiała się z zadowoleniem Natalia wpadając jak wiosenna burza do pokoju.
– Spokojnie, bo podrzesz suknię – udawałam, że ją karcę. – A to byłaby niedobra wróżba dla małżeństwa.
– Oj mamuśku, ty to zawsze… – objęła mnie całując w policzek. – Jaka niedobra wróżba? Choćbym jeszcze obcas w bucie połamała, to i tak nic złego wydarzyć się nie może. Przecież wiesz jak my z Mirkiem się kochamy.

Tak, jak my z Romanem. Też byliśmy pewni, że nic nie zburzy naszej miłości. Ale los wystawił tę pewność na ciężką próbę…

Byłam już w siódmym miesiącu ciąży

Tamtego dnia postanowiliśmy odwiedzić rodziców na wsi. Samochodem to tylko pół godziny drogi. Z rana jednak zaczął siąpić deszcz i Romek nie bardzo chciał w taką pogodę jechać.
– Przecież nie jest taka tragiczna ta pogoda, znasz drogę, będziemy jechać wolno. Proszę, jedźmy, tak dawno nie widziałam rodziców, a później to już się przecież nie wybiorę tak szybko – przekonałam go w końcu.

Później wiele razy wracałam myślami do tej chwili. Jak by się potoczyło nasze życie, gdybym wtedy go posłuchała i nie nalegała na ten wyjazd? Jeszcze się wróciłam, bo zapomniałam torebki. Czy gdybym się nie wróciła, to te parę minut coś by zmieniło? Bo przecież wtedy przejechalibyśmy już bezpiecznie ten zakręt, a opel jadący z naprzeciwka wyminąłby nas na prostej drodze. Ale się wróciłam…

Nic nie pamiętam z tego wypadku. Roman był poturbowany, ale nic mu się nie stało. Ja znalazłam się w szpitalu. Pierwsze, co zrobiłam, kiedy odzyskałam świadomość, to dotknęłam brzucha.
– Gdzie moje dziecko?! – zawołałam przerażona, ale zaraz się uspokoiłam.
O Boże, pewnie urodziłam wcześniaka, pewnie jest w inkubatorze. Żeby tylko wszystko było dobrze, błagam, żeby było dobrze.

Ale nie było dobrze. Lekarz powiedział mi w końcu straszną prawdę. Dziecko nie przeżyło wypadku. Straciliśmy naszą Natalkę. Nie chciałam oddychać, nie chciałam myśleć, nie chciałam żyć…
– To wszystko moja wina – Roman nie mógł sobie darować, że wtedy mnie posłuchał. – Powinienem być mądrzejszy, bardziej przewidujący.
Mama mnie pocieszała, że żałoba minie, a my jesteśmy młodzi i jeszcze będziemy mieli niejedno dziecko. Ale lekarz rozwiał i te nadzieje. Nasze marzenie miało się nigdy nie spełnić.

Nie mogłam mieć już więcej dzieci

Pierwsze tygodnie po powrocie ze szpitala przeżyłam jak w letargu. Wciąż płakałam i zadręczałam się myślą, co by było gdyby… Liczyłam dni do porodu, tak jakbym cały czas była w ciąży, oglądałam kupione już małe ubranka, przygotowany na przyjście dziecka pokoik. Coraz bardziej zamykałam się w swoim świecie. Roman próbował się czasem do niego wedrzeć, ale on sam przeżywał swój własny dramat. Czuł się winny tego, co się wydarzyło, a ja go nie potrafiłam, nawet nie próbowałam z tego przekonania wyprowadzić. Oboje głęboko przeżywaliśmy stratę dziecka, ale każde osobno.

Powoli zaczynaliśmy się od siebie oddalać. Już nie siadaliśmy wieczorami przytuleni, by opowiedzieć sobie wydarzenia mijającego dnia, już nie przytulaliśmy się jak dawniej. Kiedy przyjechała do nas w odwiedziny moja mama była przerażona.
– Dziecko, tak nie można – głaskała mnie po głowie, jak wtedy gdy byłam jej małą córeczką. – Życie toczy się dalej. Jakoś się z tym uporacie.
Ale to nie było wcale takie łatwe i chyba nie było w nas takiej determinacji. Chyba oboje podświadomie obwinialiśmy się za to co się stało, nie potrafiliśmy wzajemnie sobie wybaczyć, ani wybaczyć sobie samym. Nawet nie zauważyłam jak Romek zaczął coraz później przychodzić z pracy do domu, wracał później czasem po alkoholu. Dopiero kiedy zaczęło to być nagminne spytałam go:
– Siedzę sama w pustym domu… Gdzie ty chodzisz po pracy?
– A, mam takie różne sprawy – odburknął.

Nawet nie uznał za stosowne się wytłumaczyć. No tak, kim ja teraz dla niego byłam? Bezwartościową kobietą, która nie urodzi mu już dziecka – tak o sobie myślałam. Utwierdzała mnie w tym przekonaniu jego matka.
– Moja droga, trudno się dziwić, że szuka gdzie indziej. Chłop musi mieć w domu prawdziwą kobietę.
Nawet się nie zdziwiłam, kiedy usłyszałam plotki, że mojego męża widziano z jakąś młódką. Nie bardzo w nie wierzyłam, ale jednak zabolało. Bardzo.

Przyszedł do mnie i powiedział, że będzie miał dziecko

– Musimy porozmawiać.
Piekłam właśnie ciasto. Pierwsze od wielu miesięcy. Bo pomyślałam, że moja mama ma rację. Trzeba się jakoś z tym uporać i dalej żyć. Żyć razem a nie osobno. Chciałam więc zrobić szarlotkę – ulubione ciasto Romka, pokroić na talerz, tak jak lubi i przytulić się wreszcie do niego i powiedzieć, że było mi go brak. Ale w jego oczach było coś dziwnego.
– Będę miał dziecko – powiedział, a mnie przypomniała się chwila, gdy to ja do niego mówiłam: „Będziemy mieli dziecko”.
– Moja… Pewna kobieta urodzi mi dziecko. Nie kocham jej, ale kocham to dziecko, które ma się urodzić. Wiem, że to jest dla ciebie, dla nas bardzo trudne, ale… będę miał dziecko. To jest teraz najważniejsze.

To jest najważniejsze. A jeszcze niedawno mówił, że nasza miłość jest najważniejsza. Milczałam skamieniała, ale wewnątrz wszystko wyło we mnie z bólu i rozpaczy. Poczułam się bezwartościowa, niepotrzebna nikomu. Swąd przypalonej szarlotki tylko potęgował to uczucie. Niczego dobrze nie potrafię zrobić. Niczego. Nawet zwykłej szarlotki.

Na drugi dzień spakowałam się i wyjechałam na wieś do mamy. Z dnia na dzień rzuciłam pracę, rzuciłam dom, rzuciłam całe moje dotychczasowe życie. Nie zależało mi na tym, co powiedzą ludzie. Nie zależało mi już na niczym.

Myślałam, że Roman będzie chciał rozwodu, albo przynajmniej separacji, ale on nie uczynił w tym kierunku żadnego kroku. Trwaliśmy więc tak w zawieszeniu – ani małżeństwo, ani rozwiedzeni.
Powoli odzyskiwałam równowagę. Dochodziły do mnie strzępy wiadomości o tym, co się dzieje w mieście. Kobietą, która miała urodzić Romkowi dziecko była 19-letnią dziewczyną, Anna, była wychowanka domu dziecka. Romek opiekował się nią, ale ze sobą nie zamieszkali. Ona miała przyznany przez miasto mały pokoik z kuchnią, on nadal mieszkał w naszym wspólnym mieszkaniu.

Któregoś dnia pojawił się w domu mojej mamy.
– Basiu, wróć do mnie. Ja już tak dłużej nie mogę.
– Jak to wróć? Przecież będziesz miał dziecko z inną kobietą – wyrzucałam z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego. – Zdradziłeś mnie, oszukałeś. Jak ty sobie to wszystko wyobrażasz teraz, gdy ma się urodzić dziecko.
– Wiesz, że bardzo go pragnę, będę dla niego prawdziwym ojcem, ale nie umiem też żyć bez ciebie.
– Chyba dla nas obojga jest już za późno – powiedziałam unikając jego wzroku.

Wiadomość, że Anna urodziła mu dziewczynkę przyjęłam spokojnie, ale coś zabolało w sercu. Dopiero informacja, że dali jej na imię Natalia spowodowała, że znów stałam się jedną wielką rozpaczą. Przepłakałam niejedną noc.

Minęło pół roku od narodzin córeczki Romka, kiedy dostałam ten list. Zanim go otworzyłam długo wpatrywałam się w kaligraficznie napisany adres nadawcy: Anna Morawska. Jego Anna…

List był krótki. Anna prosiła mnie w nim o spotkanie, podkreślając, że jest to bardzo ważne dla nas trojga. Nie chciałam się z nią spotkać. Pomyślałam, że będzie chciała mnie przekonać do rozwodu. A przecież ja wcale nie stałam im na przeszkodzie. Odłożyłam list na komodę, ale cały dzień nie dawał mi on spokoju. Nazajutrz miałam jechać do miasteczka, wzięłam go machinalnie ze sobą. Zrobiłam zakupy, załatwiłam sprawy, które miałam do załatwienia i… sama nie wiem jak znalazłam się przed domem Anny. Miałam jeszcze nadzieję, że jej nie będzie. Ale była…
– Dziękuję, że pani przyszła. To naprawdę bardzo ważna sprawa – uśmiechnęła się trochę speszona.

Była młodziutka i drobna. Ładna. Nawet bardzo.
– Zgadzam się na rozwód – powiedziałam szybko. – Mogła pani do mnie zadzwonić. Sama nie wiem, po co tu przyszłam.
– Nie, nie chodzi o rozwód – zaprzeczyła gwałtownie. – Chodzi o…

W tym momencie w drugim pokoju zakwiliło niemowlę. Pobiegła tam czym prędzej. Nieśmiało podeszłam do drzwi, zajrzałam. Trzymała dziecko w ramionach, tuląc je do siebie. Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu.
– Proszę wejść. Ja właśnie w sprawie Natalki – szepnęła. – Chciałabym panią prosić, żeby się pani nią zaopiekowała, gdyby ze mną się coś stało. Wspólnie z Romkiem oczywiście. Wiem, że on mnie nie kocha, kocha panią. A ja… Widzi pani, ja… mnie może wkrótce zabraknąć. Mam raka. Lekarze nie są dobrej myśli. Mam wyznaczony termin operacji i złe przeczucia. Gdyby się nie udała… Nie zniosłabym myśli, że Natusia może trafić do domu dziecka, jak ja kiedyś. Wiem, czuję to, że pani mi pomoże. Dlatego odważyłam się napisać ten list.

Byłam zszokowana jej wyznaniem

Patrzyłam na to, jeszcze dziecko tulące swą córeczką i nagle jasno zdałam sobie sprawę, że w tej naszej powikłanej ludzkiej historii nie ma wyłącznie ofiar i winnych, że wszyscy po trosze jesteśmy poszkodowani przez los. Ja dostałam do udźwignięcia zdradę ukochanego, Roman, który zaplątał się na ścieżkach życia – ogromne poczucie winy. Anna – los dziecka bez rodziny i świadomość, że musi opuścić swoje maleństwo. Dlaczego Wielki Reżyser tak to sobie wymyślił? Kto to wie… Może dlatego, by na świecie mogła pojawić się Natalia.

Objęłam Annę i cicho zapłakałam

Anna nie przeżyła operacji. Pielęgnowaliśmy ją z Romkiem do końca i odeszła uśmiechnięta. Natalia miała wówczas osiem miesięcy. Kiedy wzięłam ją po raz pierwszy w ramiona, poczułam tkliwość. Już wtedy, kiedy pulchną rączką wodziła mi po twarzy, z całego serca pokochałam to dziecko.

Przebaczyłam Romanowi i on przebaczył sobie. Dopiero wtedy z czystą kartą mogliśmy zamieszkać razem i rozpocząć nowy etap życia. Razem z naszą córeczką. Patrzyłam jak dorastała, rozkwitała. To do mnie po raz pierwszy powiedziała „mamo”, to ja koiłam dziecięce smutki, chodziłam na wywiadówki, wysłuchiwałam zwierzeń z pierwszych miłosnych zawodów. Natalia od początku wiedziała, że ma dwie mamy – jedną na ziemi, drugą w niebie, może dlatego przyjmowała to w sposób naturalny.

A dziś wychodzi za mąż… Wygląda pięknie w tej białej sukni z trenem. I taka jest szczęśliwa. Za chwilę przyjdzie jej ukochany, pojedziemy do kościoła i ksiądz zwiąże ich węzłem małżeńskim na całe życie. Usłyszy jak ja kiedyś: “Co Bóg złączył, niech człowiek nie waży się rozłączać”… Chciałabym, by los jej oszczędził życiowych zakrętów takich, jakie stały się udziałem moim i Romka. Choć to właśnie takie zakręty sprawiają, że stajemy się mądrzejsi, umiemy kochać i przebaczać. I wszystko w naszym życiu, to dobre i to złe jest przecież po coś…

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.  

Related Posts