„10 lat temu straciłam ciążę w wypadku, później mąż zostawił mnie dla kochanki. Ten pijany kierowca zniszczył mi życie”

„Mąż siedział przy mnie zapłakany. Dla mnie nie liczyło się w tym momencie nic, tylko to, czy moje dziecko, moje maleństwo jest bezpieczne. Nie zdążyłam nawet zadać pytania. Spojrzałam na swojego męża. — Tak mi przykro, kochanie. Straciliśmy je…”.

10 lat temu byłam zupełnie innym człowiekiem. Z moim mężem, Tomkiem, poznaliśmy się już w dorosłym życiu. Oboje mieliśmy po 27 lat i pierwsze kroki w dorosłym życiu za sobą. Nie w głowie były nam już przelotne romanse — szukaliśmy czegoś poważnego. Trzy lata później już szłam do ołtarza.

Chcieliśmy stworzyć szczęśliwą rodzinę i faktycznie na początku się nam udawało. Gdy kupiliśmy mieszkanie w centrum miasta na kredyt, oboje mieliśmy stałą pracę i coraz tęskniej spoglądałam w stronę działów dziecięcych w sklepach odzieżowych, podęliśmy decyzję, że nadszedł czas, by powiększyć naszą rodzinę.

W ciążę zaszłam wyjątkowo szybko, jakby los chciał, żebyśmy byli jak najszczęśliwszą rodziną. Nie sądziłam, że równie szybko odbierze mi całe szczęście w życiu…

To była chwila…

Byłam w 5 miesiącu ciąży, gdy mąż wysłał mnie do kancelarii, bym załatwiła jakieś formalności związane z mieszkaniem. Pojechałam samochodem — nigdy nie miałam problemu z tym, żeby prowadzić. Już wracałam do domu, gdy nagle na skrzyżowaniu w bok mojego auta wjechał inny samochód. Mnie zamroczyło. Jedyne, co pamiętam, to szarpnięcie, ból i krew. Dużo krwi.

Moje wspomnienia zaczynają się dopiero w szpitalu, mąż siedział przy mnie zapłakany. Dla mnie nie liczyło się w tym momencie nic, tylko to, czy moje dziecko, moje maleństwo jest bezpieczne. Nie zdążyłam nawet zadać pytania. Spojrzałam na swojego męża.
— Tak mi przykro, kochanie… – wyłkał, ściskając moją rękę. — Straciliśmy je…

Czy płakałam? Nie, nie byłam w stanie. Czułam się, jakby wszystkie emocje we mnie w tym momencie umarły. Nie byłam w stanie uronić ani jednej łzy. Czy wtedy też umarło we mnie uczucie do mojego męża? Prawdopodobnie tak…

Okazało się, że kierowca, który we mnie wjechał, był pod wpływem alkoholu. Nie zatrzymał się na czerwonym świetle i wjechał prosto we mnie. Z wypadku wyszedł cało, potrzebował zaledwie kilku szwów. Sąd skazał go na 10 lat więzienia. 10 lat! Podczas gdy ja muszę żyć z tym, co się stało, już całe życie.

Gdy wyszłam ze szpitala, emocje powoli we mnie odzywały. Jak można się domyślić — tylko te negatywne. Patrzyłam na pokój dziecięcy, patrzyłam na mojego męża i płakałam, tylko tyle byłam w stanie robić. Dostałam zwolnienie lekarskie od psychiatry, bo przez następnych 8 miesięcy nie byłam w stanie nawet umyć zębów czy zrobić sobie śniadania. Wszystko spadło na Tomka – opieka nade mną, nad domem i utrzymywanie nas obojga.

Nie otrząsnęłam się z własnej tragedii przez następne lata, ale mimo to wróciłam do pracy. Moja szefowa wykazała się wyjątkową wyrozumiałością, ale i tak widziałam te spojrzenia i słyszałam szepty koleżanek z biura, gdy tylko mijałam je z dokumentami. Moje życie miało stać się z powrotem normalne — ale nigdy jednak się takie nie stało.

Mąż nigdy nie zrozumiał tej straty

Owszem, miał być ojcem, ale to nie on nosił nasze maleństwo pod piersią przed 5 miesięcy. Gdy po trzech latach od wypadku zaproponował mi, żebyśmy znowu postarali się o dziecko — wszak byliśmy jeszcze młodzi — wpadłam w szał. Powiedziałam mu, że mnie nie rozumie, że jak może mi to proponować.

— Renata, ja też straciłem dziecko! — wrzasnął wtedy tylko i wyszedł z mieszkania. Od tamtej pory nie spaliśmy nawet w jednym łóżku.

Czas mijał, a ja i mój mąż coraz mocniej się od siebie oddalaliśmy. Ja nie potrafiłam zapomnieć o swojej stracie, on był zmęczony tym, że nie byłam już tą pogodną, roześmianą kobietą, którą poślubił. Niby jak miałam być? Powoli zauważyłam, że i rodzina się ode mnie odsuwa. Wszyscy mieli dość tego, że nie można było ze mną rozmawiać normalnie…

Siedem lat po wypadku czekał mnie kolejny szok. Mój mąż miał romans. Nie dowiedziałam się tego od sąsiadki ze zbyt długim jęzorem, nie z wiadomości w jego telefonie i nie po śladzie szminki na kołnierzyku białej koszuli. Tomek podszedł do mnie pewnego wieczoru i oświadczył, że odchodzi.
— Ty nie potrafisz pogodzić się ze stratą, ja muszę iść dalej. Widzę, że z tobą tego nie zrobię. Mam kogoś… I to już od dawna. Nie potrafię tak dłużej żyć — powiedział. Ja nawet na niego nie spojrzałam. Dwa dni później już go nie było.

Gdy ja przeżywałam najciemniejsze lata swojego życia, mój były już mąż wił nowe gniazdko z jakąś lafiryndą. Wzięli ślub, urodziło im się dziecko, kolejne jest w drodze. Ona ukradła moje życie. A może zrobił to okrutny los?

W tym roku na wolność wychodzi facet, który spowodował ten tragiczny wypadek. A ja ciągle tkwię w tym więzieniu, którym jest moje życie. Czy kiedykolwiek się z niego uwolnię?

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.  

Related Posts