„Zaszłam w ciążę z przypadkowym chłopakiem. Ojciec dał mi pieniądze, żebym pozbyła się dziecka. Nie widziałam go od 20 lat”

„Po niemal 20 latach zobaczyłam… matkę. Poznałam ją od razu. Niewiele się zmieniła, tylko włosy jej posiwiały. Stała w drzwiach wejściowych i łzy płynęły jej po policzkach. – Córeczko… – powiedziała. – Tyle lat, mój Boże… Potem płakałyśmy we dwie”.

Mało brakowało, a popełniłabym wielki życiowy błąd. Kilkanaście lat temu świat nie był tak liberalny, nie było singli, tylko stare panny, nie było dzieci samotnych rodziców, tylko bękarty. Moi rodzice nie mogli się pogodzić, że ich ukochana córka zaszła w ciążę i zamiast studiować będzie niańczyć dziecko. Ojciec kazał mi usunąć. To znaczy nie powiedział tego wprost, ale dał do zrozumienia:

– Chyba wiesz, co masz zrobić. A najlepiej pokaż mi tego tatusia od siedmiu boleści! – krzyczał.

I mówił jeszcze, że go zawiodłam, że nie spodziewał się tego po mnie. Liczył, że zdobędę intratny zawód, z dyplomem magistra wrócę w rodzinne strony, osiądę na miejscu, wyjdę dobrze za mąż  i będę szczęśliwa, a wraz ze mną i oni. Wróciłam, tyle że już przed końcem pierwszego roku. Z brzuchem, którego co prawda jeszcze nie było widać, i z przerażeniem w oczach.

Nie owijałam niczego w bawełnę, powiedziałam o przypadkowej ciąży. Od razu chciałam wyjaśnić, że żadnego ślubu nie planuję, ale nie dano mi dojść do słowa. Ojciec kazał mi się wynosić i nie wracać, dopóki nie pozbędę się bękarta. Wziął nawet pożyczkę w pracy na ten cel. Kiedyś słyszałam, jak matka płakała i mówiła, że to grzech, że może  jakoś to będzie. Ojciec nie chciał słuchać.

Skoro dał mi kasę, poszłam, a właściwie pojechałam do lekarza. Uznałam, że w dużym mieście będę bardziej anonimowa. Nigdy nie zapomnę kłującej w oczy bieli gabinetu, przerażającego światła lampy nad fotelem i beznamiętnego głosu lekarza:

– Proszę się rozebrać.

Stchórzyłam. Ręce mi się trzęsły, chyba głównie dlatego, że odważyłam się sprzeciwić ojcu. Lekarz mnie skrzyczał, że powinnam się zastanowić, a nie zawracać mu głowę.

Napisałam list, ale nie podałam adresu

W domu powiedziałam, że usunęłam. To było moje pierwsze w życiu kłamstwo. Nigdy nie żałowałam swojej decyzji. Uznałam, że przez jakieś trzy, cztery miesiące mam spokój. Do tego czasu musiałam mieć pomysł na życie. Na nikogo nie mogłam liczyć, ciąża była rzeczywiście przypadkowa, skutek zaprawionych alkoholem studenckich juwenaliów. Od tamtego czasu nigdy więcej nie wzięłam alkoholu do ust. To moja pokuta.

Ojciec nie spodziewał się, że mogę mu się przeciwstawić, więc nie zwracał na mnie uwagi. Zresztą przyjeżdżałam do domu rzadko, zasłaniając się egzaminami. Martwiłam się, bo wciąż nie miałam pomysłu, co dalej. Żyłam bardzo oszczędnie, żeby co miesiąc odłożyć choć parę groszy z pieniędzy otrzymywanych od rodziców. No i miałam gotówkę, którą ojciec dał mi na zabieg.

Pomogła mi przyjaciółka ze studiów, Justyna. Zwierzyłam się jej, że od października nie będę już studiować. To ona znalazła mi dach nad głową u sympatycznych staruszków, którzy na kilka dobrych lat stali się dziadkami dla mojego Piotrusia. Ich jedyny syn mieszkał w Kanadzie i nie mógł się nimi opiekować. Postanowili więc poszukać kogoś do opieki. Nie miałam trudnego zadania: sprzątanie, pranie, prasowanie, gotowanie, zakupy i pilnowanie, by systematycznie brali swoje leki.

Po sesji napisałam list do rodziców, w którym przyznałam się do wszystkiego. Pożegnałam się z nimi, przeprosiłam i powiedziałam, żeby się nie martwili, że jakoś dam sobie radę. Nowego adresu nie podałam, może bałam się gniewu ojca. Często okazuje się, że obcy ludzie niekiedy są bardziej życzliwi i serdeczni niż własna rodzina.

Pani Zosia i pan Ziutek byli już dobrze po siedemdziesiątce, gdy się do nich wprowadziłam. Z brzuchem wielkim jak balon, choć do rozwiązania miałam jeszcze dwa miesiące. Dziadkowie Justyny mieszkali w tej samej wiosce. Jedni i drudzy byli wspaniałymi ludźmi. Naprawdę wiele im zawdzięczam. Justyna zorganizowała wśród znajomych zbiórkę odzieży i zabawek. Została zresztą matką chrzestną mojego synka. Nigdy nie odczułam biedy i samotności.

Opiekowałam się panią Zosią i panem Ziutkiem, a oni mną. Cieszyłam się, że Piotruś miał kochających dziadków. O rodzicach myślałam rzadko. Cały czas czułam do nich żal, zwłaszcza do ojca.

– Nie korci cię, dziecko, by tam pojechać? – pytała pani Zosia. – Może warto spróbować? Matka to matka. Wyobrażam sobie, co czuje. Czas najlepszym lekarzem, wierz mi.

Nie wierzyłam. Kiedyś jednak napisałam list do mojej koleżanki Eryki, która mieszkała niedaleko rodziców.  Gdy mi odpisała, dowiedziałam się, że rodzice mają się dobrze, są zdrowi, nadal pracują, o mnie nie mówią w ogóle, jakby unikali tego tematu. Niby na nic nie liczyłam, ale zrobiło mi się przykro. Wiedzieli, że urodziłam synka, bo napisałam im o tym zaraz po porodzie.

Mijały lata, wraz z synkiem wiodłam spokojne życie u boku pani Zosi i pana Ziutka. Trochę dorabiałam sobie szyciem, sprzątaniem i pracami sezonowymi. Innej pracy podjąć nie mogłam, bo nie miałabym nawet czym dojeżdżać. Wioska, w której mieszkałam, leżała na uboczu. Bez samochodu trudno było funkcjonować. Po kilku latach zlikwidowano jedyny sklep, musiałam jeździć po zakupy rowerem.

Gdy mój syn skończył 15 lat, uznałam, że należy mu się wyjaśnienie. Przedtem wiele razy pytał mnie o ojca, wstydziłam się powiedzieć, że widziałam go raptem jeden raz.

– Nie chcieliśmy być razem, tak czasem bywa. Ale zawsze robiłam i będę robić wszystko, żebyś nie odczuł braku ojca – zapewniałam.

Nigdy nie miał do mnie o to pretensji. Teraz siedział jak zamurowany. Zdziwił się tylko, że prawdziwych dziadków nigdy nie widział. Chyba nie do końca dotarło do niego, dlaczego.

– Nie chcę, żebyś pomyślał, że ci są gorsi. Oni pokochali cię jak własnego wnuka. Byłoby im przykro, gdybyś teraz myślał i czuł inaczej.

Mam mądrego syna. Nigdy nie zdradził się przed dziadkami, że zna moją tajemnicę. Od pierwszej klasy był promowany z nagrodą, od czwartej co roku przynosił świadectwo z paskiem. Mogłam być z niego dumna. Zawsze gdy na niego patrzę, z przerażeniem myślę o tym, że mogłoby go nie być…

Minęło prawie 20 lat…

Na skutek różnych zawirowań losu do swoich dziadków wprowadziła się Justyna z mężem i bliźniakami. Nareszcie miałam obok siebie bratnią duszę w moim wieku. Justyna namawiała mnie, żebym zrobiła prawo jazdy i kupiła jakieś używane autko, ale nie zdążyłam zrealizować tych planów.

Niespodziewanie kolejny raz znalazłam się na życiowym zakręcie. Zaczęło się od choroby pani Zosi. Bardzo przeżyłam jej śmierć, a niedługo potem pana Ziutka, który odszedł z żalu za ukochaną żoną. Tuż po pogrzebie ich rodzina postanowiła sprzedać dom. Nie wiedziałam, co ze mną będzie…

Niespodziewanie odwiedził mnie pan Gienio – zaprzyjaźniony sąsiad.

– Pani Marto, chciałbym pani pomóc – zaczął. – Proszę nie zrozumieć mnie źle, ale jeśli się pani zgodzi, pragnę zaoferować pani pokój u siebie. Mnie jeden wystarczy, a jak ten duży przedzielić meblościanką, wyjdą dwa mniejsze, w sam raz dla pani i dla Piotra. Polubiłem panią i gdybym był młodszy, zaraz bym się obok pani zakręcił. Proszę nie odmawiać, chciałbym choć móc z panią porozmawiać. Człowiek sam, nie ma nawet do kogo gęby otworzyć.

Byłam tak zaskoczona, że nie potrafiłam wykrztusić słowa, co pan Gienek wziął za dobrą monetę. Nie oponowałam, nie miałam innego wyjścia.

Tego samego dnia po południu zdumiałam się po raz kolejny. Po niemal 20 latach zobaczyłam… matkę. Poznałam ją od razu. Niewiele się zmieniła, tylko włosy jej posiwiały. Stała w drzwiach wejściowych i łzy płynęły jej po policzkach.

– Córeczko… – powiedziała. – Tyle lat, mój Boże…

Potem płakałyśmy obie. Trudno w ciągu jednego dnia nadrobić stracony czas. Dowiedziałam się od mamy o chorobie ojca, o jej przypadkowej rozmowie z mamą Eryki, dzięki której zdobyła mój adres, o tęsknocie i samotności.

Mój syn, który wrócił akurat do domu, nie musiał pytać o nic, sam się wszystkiego domyślił.

– Ojciec nie wie, czy nam wybaczysz, ale chciałby was zobaczyć, niewiele już mu pewnie życia zostało, wczoraj dowiedział się, że czeka go poważna operacja. Gdybyś chciała, moglibyście wrócić do domu.

Nie chciałam. Zdecydowałam, że zostanę z Gienkiem. Ale wielki kamień spadł mi z serca. Jestem szczęśliwa, że pogodziłam się z rodziną, choć naprawienie błędów wymaga czasu. Nie potrafię chować w sercu urazy, może też dlatego, że moje życie mimo wielu przeciwności jakoś się ułożyło. No i Piotrek mógł wreszcie poznać prawdziwych dziadków.

Najciekawsze scenariusze pisze samo życie. Do mojego dopisało ostatnio nowy rozdział – ślub z Gienkiem. A ojciec po operacji czuje się coraz lepiej…

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.  

Related Posts