„Mąż nagle zaczął znikać z domu i chować przede mną telefon. Byłam pewna, że mnie zdradza, potrzebowałam tylko dowodu”

„Jechałyśmy w pewnej odległości za nim. W pewnym momencie mój mąż skręcił z głównej w szutrową dróżkę. Natychmiast poznałam, gdzie jesteśmy: to przecież skręt do babcinej chaty! Jak on mógł się tu umówić z jakąś lafiryndą, w moim domku marzeń?!”.

– Jak nic znalazł sobie babę – zawyrokowała Baśka.

Ewka trajkotała:

– Kryzys wieku średniego, mówię ci. Facetom po czterdziestce odwala. Uświadamiają sobie, że nie są nieśmiertelni, i zaczynają wariować. Nowa, młoda dziewczyna, szybki samochód, modne ubrania. Mąż mojej kuzynki przechodził to samo, a wiesz, od czego się zaczęło? – zawiesiła głos.

Nie miałam pojęcia, ale znając Ewkę, spodziewałam się jakiejś fascynującej historii. Ona nawet o wyjściu po bułki potrafiła gadać tak, że wszyscy słuchali. Miała do tego talent. Zrobiła krótką pauzę, a kiedy zapadła całkowita cisza, powiedziała:

– Jak zaczął chodzić na siłownię, to kuzynka się nawet ucieszyła, że zrzuci trochę brzucha. Potem kupił modne ciuchy i zapuścił brodę, przystrzygał ją u takiego specjalnego fryzjera. Myśleliśmy, że przesadza z tym dbaniem o siebie, bo ciągle do niego chodził, dopóki ktoś go nie zobaczył na mieście z kobietą, tak na oko o dekadę młodszą. Szli wpatrzeni w siebie jak nastolatki – wypaliła, patrząc prosto na mnie. – Więc na twoim miejscu, kochana, naprawdę bym się zastanowiła, gdzie ten twój Krzysiek zaczął tak nagle znikać. Bo zamiast urodzin będziesz miała rozwód!

Nie chciał nawet jeździć na działkę

Muszę przyznać, że od jakiegoś czasu świtała mi taka myśl w głowie, a wczoraj nawet mi się przyśniło, że siedzimy oboje na długiej ławie przed poważną kobietą w todze. Zdenerwowało mnie to tak, że zamiast po pracy iść do domu, zaprosiłam dziewczyny z działu na stołówkę i przyciszonym głosem opowiedziałam, że nie wiem, co się dzieje. Mój mąż, z którym znaliśmy się jak łyse konie od liceum, ostatnio wyraźnie się zmienił.

Kiedyś był domatorem. Spędzał czas na kanapie, wychodził najwyżej pogrzebać przy aucie albo od wielkiego dzwonu spotkać się z kolegami w barze. Na spacery wyciągałam go siłą. „Tylko nie idźmy za daleko” – zastrzegał, a kiedy siadaliśmy przed fontanną w parku, wiercił się, pytając, czy możemy już wracać. Jeśli udało mi się go namówić na przejażdżkę rowerową, po półgodzinie marudził: „I daleko jeszcze będziemy jechać?”. A o weekendowych wyjazdach za miasto mogłam zapomnieć.

Tego żałowałam najbardziej, bo odziedziczyłam po babci mały domek pod lasem. Nic szczególnego – dwa pokoje i kuchnia ze starym kaflowym piecem – ale stał w bardzo malowniczej okolicy. Wystarczyłoby go odmalować, wymienić część mebli i moglibyśmy jeździć tam z dzieciakami. Miałyby dla siebie podwórko, ja czytałabym książki w cieniu jabłoni, Krzysiek chodził na grzyby, a wieczorem wszyscy gralibyśmy w planszówki i oglądali komedie na kanapie.

W stodole da się zrobić dodatkowe miejsce do spania, moglibyśmy więc zapraszać przyjaciół i robić przyjęcia pod gołym niebem. Nareszcie mogłabym zaprosić na urodziny wszystkich znajomych, a nie tylko kilka osób, które zmieszczą się w małym mieszkaniu w bloku. Ech, pomarzyć, gdyby nie ten mój mąż…

Ostatnio jednak zauważyłam, że w jego zachowaniu zaczęło się coś zmieniać. Nie, nie zapuścił brody ani nie zaczął trenować. Ale coraz częściej wychodził z domu i nigdy nie mówił, dokąd idzie. Gdy zaczęłam się interesować, rzucał na odczepnego coś w stylu:

– Weź już przestań, najpierw marudziłaś, że siedzę w domu, a teraz ci przeszkadza, że mnie w nim nie ma.

Potem zaczął się chować, gdy dzwonił telefon, i rozmawiał przyciszonym głosem za zamkniętymi drzwiami. Na niewinne pytanie, kto to, odpowiadał:

– Szef. Ostatnio ciągle wydzwania.

Musiało to być coś bardzo tajemniczego, bo mój mąż w końcu przestał rozstawać się z telefonem: nie zostawiał go już na stole, a czytając SMS-y, przekręcał go tak, żebym niczego nie widziała. Dlatego gdy kiedyś zapomniał o aparacie, wychodząc do łazienki, na dźwięk wiadomości coś mnie podkusiło, żeby ją przeczytać: „Spotkanie w sobotę po południu tam gdzie zawsze. Coś wymyślę, żeby W. nie zrobił się podejrzliwy”. Zatkało mnie, a Krzysiek już biegł z łazienki i przeczytawszy SMS-a, marudził:

– Znowu ten mój niereformowalny szef.

Kiedy to wszystko opowiedziałam, dziewczyny zgodnie uznały, że mój mąż kogoś ma. Potwierdziły tym moje przeczucia.

– Kochana, jeszcze nie wszystko stracone, ale musisz działać – pocieszała Ewka. – Faceci tak miewają, często to tylko nic niewarte miłostki. Ale musisz go złapać na gorącym uczynku. Może się zawstydzi i wróci z podkulonym ogonem, a jak nie, to przynajmniej będziesz mieć dowód w sądzie, że to on cię zdradzał, i przy podziale majątku dostaniesz więcej. Puścisz go z torbami.

Postanowiłyśmy go śledzić

O mało nie zemdlałam, bo jeszcze niedawno to wszystko wydawało mi się abstrakcyjne. Jaki rozwód, jaki podział majątku… Mój Krzysiek może i nie był rozrywkowy, ale to dobry i kochający mąż. Dbał, żeby mnie i dzieciom niczego nie brakowało, tłumaczył im lekcje, kiedy poprosiłam, robił zakupy, obierał ziemniaki i wynosił śmieci. No i przecież co roku wyjeżdżaliśmy z dziećmi nad morze na wakacje, na których on ani trochę nie żałował pieniędzy. Czego chcieć więcej, może mnie się w głowie poprzewracało, a nie jemu?

– No Karola, nie mów, że się teraz wycofujesz – postawiła mnie do pionu Baśka, widząc moje niezdecydowanie. – Jak to tak zostawisz, szybko wyjdzie ci bokiem.

Cóż, pewnie miała rację. Ponieważ nie myślałam zbyt racjonalnie, dziewczyny szybko zdecydowały za mnie i zaoferowały pomoc: otóż jutro po południu, kiedy mój mąż miał się spotkać z tajemniczą kobietą z SMS-a, zaczają się w samochodzie pod naszymi oknami i będą go śledzić. Ewka pożyczy od swojego syna aparat z dobrym obiektywem, żeby robić zdjęcia w zbliżeniu jako dowód. Raz kozie śmierć – pomyślałam i się zgodziłam.

Następnego dnia cały czas miałam jednak nadzieję, że Krzysiek nie wyjdzie z domu. Ale koło 17 odebrał telefon, rzucił, że musi wrócić do pracy i pewnie trochę tam posiedzi. Nie wytrzymam, to dzieje się naprawdę… Uznałam, że nie zniosę tej niepewności i kiedy Krzysiek poszedł do garażu, wymknęłam się do samochodu, w którym czaiły się moje koleżanki. W ciemnych okularach i kapeluszach, ledwie widoczne znad deski rozdzielczej, wyglądały jak profesjonalni szpiedzy.

– Jadę z wami – szepnęłam.

Krzysiek ruszył w kierunku pracy. Kilka ulic dalej jednak zawrócił i skręcił w boczną ulicę. Serce biło mi jak oszalałe, bo coraz bardziej docierało do mnie, że on naprawdę mnie zdradza. Ze stresu zamknęłam oczy i nie wiem, jak to się stało, że przysnęłam. Kiedy Ewka szturchnęła mnie w ramię, byliśmy w lesie za miastem, a mój mąż właśnie skręcił z głównej w szutrową dróżkę.

– No, w niezłym miejscu sobie umówił schadzkę. Jedziemy dalej? – zapytała.

Była trochę przestraszona, ale ja natychmiast poznałam, gdzie jesteśmy: to przecież skręt do babcinej chaty! Jak on mógł się tu umówić z jakąś lafiryndą, w moim domku marzeń?! – teraz byłam naprawdę wściekła i syknęłam: „Jedziemy”.

Odczekałyśmy chwilę, żeby nas nie zobaczył w lusterku, a potem ruszyłyśmy. Za lasem pod bramą do domu stały dwa auta.

– No to ich mamy – powiedziała wyraźnie zadowolona Ewka. Obmyślałyśmy gorączkowo, jak ich przyłapać, żeby równocześnie nie dać się zauważyć, kiedy z domku wyszła… moja siostra. No tak, przecież to jej stare tico! Byłam tak zdenerwowana, że trąciłam Ewkę, przez co jej ręka poleciała na kierownicę i okolicę przeszył głośny przeciągły klakson. Nie dało się już ukryć, że tu jesteśmy. Wyszłam i zamamrotałam coś niezrozumiałego.

– Karola? Co ty tu robisz? – zdziwiła się siostra. – No tak, byłam pewna, że Krzysiek się zdradzi, a miała być taka tajemnica. Nawet przed Wojtkiem się kryłam.

Wtedy mnie olśniło, że W. z SMS-a był moim szwagrem! Tymczasem w drzwiach pojawił się mój mąż z pędzlem w ręku, a za nim stał jakiś facet w fartuchu ubrudzonym farbą. Oni robili tu remont! Siostra gadała jak najęta:

– No tak, mógł się kryć jeszcze trochę, to miało być na twoje urodziny. A tak dostaniesz prezent tydzień wcześniej.

Domek był wysprzątany, pomalowany w pastelowych kolorach, na piecu stały stylowe gliniane garnki, a majster kończył – nie wierzę – łazienkę w przybudówce! Achom i ochom nie było końca, przez co nikt nie dociekał, jak to się stało, że znalazłam się tu z koleżankami z pracy. A może to mój mąż dostrzegł moją nerwowość w ostatnich dniach i taktownie nie zapytał. Było mi strasznie głupio, że posądzałam go o zdradę. Kochany Krzysiek, nie mógł mi zrobić lepszego prezentu na 40. urodziny!

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.  

Related Posts