„Mam trójkę dzieci i więcej nie chcę. Mąż zdejmował prezerwatywę bez mojej zgody i znowu zaszłam w ciążę…”

Po trzecim porodzie źle mnie zszyli, przez dwa lata nie byłam w stanie sypiać z mężem. On jednak ciągle upierał się, że powinniśmy mieć jeszcze jedno dziecko. Tylko to nie on musiał znosić ciążę i poród, a ja. I ja wcale nie chciałam przeżywać tego ponownie.

Kiedyś byliśmy kochającym się małżeństwem. Oboje wychowaliśmy się jako jedynacy i brakowało nam rodzeństwa. Nie chcieliśmy, by nasze dzieci przechodziło to samo, dlatego od razu zaplanowaliśmy dwójkę. Z dziewczynkami w domu było wesoło, głośno, ale i tak… jakoś pusto. Mieliśmy dobre warunki, duże mieszkanie, a Mikołaj był w stanie spokojnie utrzymać nas wszystkich przez jakiś czas. Zdecydowaliśmy się na trzecie dziecko i liczyliśmy na to, że urodzi się nam syn.

Trzecią ciążę zniosłam dużo gorzej, niż dwie poprzednie, ale to nic w porównaniu z porodem. Bez mojej zgody nacięto mi krocze. Rodziłam kilkanaście godzin, prawie straciliśmy Antka. Dostał 5 punktów w skali Apgar, ale na szczęście dziś jest zdrowy. Ja ze skutkami tego porodu mierzę się cały czas.

Szew dla tatusia

Źle mnie zszyto, niedbale, na szybko, a do tego zbyt ciasno. „Dodatkowy szew dla tatusia” — śmieją się z tego czasem lekarze. O tym, że założono mi szew mężowski dowiedziałam się dopiero rok po porodzie, bo nie byłam w stanie kochać się z mężem przez niewyobrażalny ból. Przez to i przez doświadczenie porodu obiecałam sobie, że już nigdy nie zajdę w ciążę.

Mój mąż jednak miał inne zdanie na ten temat. On nigdy nie przeżył tego bólu, nigdy nie miał nudności, zachcianek i depresji poporodowej. Ja tak, ale on to bagatelizował na każdym kroku. Miałam pieniądze, już troje zdrowych, pięknych i szczęśliwych dzieci i kochającego męża — przecież nie miałam na co narzekać. Z czasem w to uwierzyłam i zaczęłam mieć wyrzuty sumienia przez swój egoizm.

Gdy Antoś miał dwa lata, Mikołaj zaczął przebąkiwać coś o tym, że może powinniśmy przeprowadzić się za miasto, do większego domu z ogrodem. Ja byłam zachwycona: dzieciaki miałyby gdzie szaleć w ogrodzie, latem moglibyśmy rozłożyć basen, no i już planowałam swoją piękną rabatę z ukochanymi begoniami… No, ale — bo zawsze jest jakieś ale — miałoby to swoją cenę. Mikołaj chciał, bym dała mu czwarte dziecko, ja za nic nie chciałam się na to zgodzić.

Po trzech miesiącach kłótni i awantur wydawało mi się, że zrozumiał, że odpuścił i uszanował moje prawo do decydowania o własnym ciele. Ale nie.

Starałam się jakoś wynagrodzić mężowi moją niechęć do kolejnego potomka i nie chciałam, by poczuł się odrzucony. Stawiałam jednak warunek — zawsze miał mieć na sobie prezerwatywę i wierzyłam, że to robi. On mnie okłamał, oszukał i wykorzystał. Owszem, na początku korzystaliśmy z zabezpieczenia. Parę razy jednak okazywało się, że w trakcie zdejmował gumkę i rzucał gdzieś obok.

Za każdym razem kończyło się to awanturą, czułam się brudna i upokorzona, chociaż to był przecież małżeński seks! Dziś wiem, że to gwałt, niezależnie od tego, czy to był mój mąż. Wtedy jednak byłam tak zaślepiona uczuciem do męża (a może za bardzo weszłam w rolę ofiary?), że wybaczałam mu za każdym razem. A potem to się powtarzało.

Mikołaj miał plan, który konsekwentnie wypełniał. Ten plan opierał się na tym, by doczekać się kolejnego dziecka, czy tego chciałam, czy nie. Przez to, że zarabiał na całą naszą rodzinę rościł sobie prawo do decydowania o każdym szczególe mojego życia — także tym dotyczącym mojej macicy.

Mój mąż nigdy nie był tyranem. Był kochającym ojcem i wspaniałym partnerem, na którego zawsze mogłam liczyć — przynajmniej tak długo, jak w grę nie wchodziło kolejne dziecko. Bo gdy okazało się, że w moim brzuchu znowu zagościł rezydent, nasze reakcje były skrajnie różne. Mikołaj nie posiadał się ze szczęścia. Ja wpadłam w rozpacz i zaczęłam nawet rozważać wyjazd za granicę, by zrobić aborcję.

Kochałam swoje dzieci, także Antka, chociaż po jego narodzinach diametralnie zmieniło się moje życie. Ale właśnie on jest powodem, dla którego nie chciałam już nigdy, przenigdy zachodzić w ciążę. Panicznie boję się porodu, ale jeszcze bardziej boję się chyba, że nigdy nie będę w stanie pokochać tego dziecka, które właśnie we mnie rośnie.

On nie chciał o tym słyszeć. Groził mi, że pozamyka mnie w domu na cztery spusty, bo to też moje dziecko i on się nie zgadza na to, żebym je zabiła. Zabiła?! Przecież to jest tylko zlepek komórek, a nie wiadomo, czy ja przeżyję kolejną ciążę, kolejny poród… Czy moje życie, mój komfort jest mniej ważne niż płodu, który jest we mnie?

Z jednej strony czuję, że powinnam odejść od męża, bo oszukał mnie, wykorzystał i sprawił, że poczułam się jak ostatni śmieć, inkubator, a nie kobieta, człowiek, czująca istota. Z drugiej jednak — kocham go i boję się życia bez niego. Ciągle liczę na to, że zrozumie, że powiększenie rodziny to nie jest tylko jego decyzja. I zobaczy, jak bardzo mnie skrzywdził…

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.  

Related Posts