„Z żoną dzieliliśmy się obowiązkami domowymi po połowie. Moja mama uważała to za zbrodnię i była zła na synową”

Kiedyś mama zastała mnie, prasującego ciuszki Frania. Prawie padła na zawał. Prorokowała, że kiedyś przejrzę na oczy i zdam sobie sprawę, że to nie jest zajęcie dla mężczyzn. Gdy Franek podrósł, nie pozwalała żeby sam robił sobie kanapki.

Zrobiłem sobie kawę i powoli, delektując się po drodze niezbędną do życia poranną dawką kofeiny, poczłapałem do łazienki. Byłem pewny, że o tej porze będę ją miał tylko dla siebie. Marysia pracowała w domu, Franek uczył się przed ekranem, tylko ja musiałem zrywać się o poranku, by wyjść do roboty. Nie czułem się poszkodowany, bo odkryłem dobre strony tej sytuacji. Rano miałem wszystkie pomieszczenia wyłącznie dla siebie, nikt się nie przepychał, nie popędzał. Cisza i spokój. Łazienka? Proszę bardzo, na jak długo chciałem, to zależało tylko ode mnie.

Przysypiając po drodze i siorbiąc kawę, dotarłem do pożądanego pomieszczenia, które okazało się zajęte. Drzwi się otworzyły i ukazała się w nich zaspana żona. Bez ostrzeżenia sięgnęła po moją kawę i upiła łyk.

– Fe, za słodka – skrzywiła się.
– Bo moja, taką lubię – wyjąłem jej kubek z ręki.

– A kysz, lekarz powiedział, że na razie masz zrezygnować z kofeiny – przypomniałem, widząc jej zawiedzioną minę.
– Nie chcę tego słuchać, nic tylko zakazy – jęknęła Marysia. – Posuń się, bo się nie zmieszczę. Rany, zobacz, jak ja wyglądam, hipopotam, normalnie hipopotam – zerknęła na swoje odbicie w lustrze.
 Bardzo ładnie jak na ósmy miesiąc ciąży – pocieszyłem ją niezręcznie.
– Twój zachwyt wypadł dość nieprzekonująco – prychnęła, sunąc w kierunku sypialni. – Dziś wstaję!
– Tylko się nie przemęczaj, babcia przyjdzie i…
– A właśnie, może by tak odwołać jej wizytę? Tylko dziś – Marysia patrzyła prosząco spod grzywki. – Wiem, że pomaga pod twoją nieobecność, bardzo jestem jej wdzięczna, ale wiesz, jaka jest. Nic jej się nie podoba.
– Nie wszystko, tylko nasz lajf stajl – wtrącił się nasz przemądrzały ośmiolatek, przepychając się do łazienki między mną i maminym brzuchem. – Ale jesteś gruba – sapnął ni to z podziwem, ni z dezaprobatą.

– No, no, nie pozwalaj sobie, młody. Damom nie mówi się niemiłych rzeczy – pouczyłem go.
– Dobra, to będę kłamał – ucieszył się Franek.

Kiedyś przejrzysz na oczy! – prorokowała

Nie miałem czasu wyjaśniać synowi różnicy między dżentelmenem i kłamcą, odłożyłem rozmowę na wieczór. Zainteresowałem się za to naszym lajf stajlem, co jak rozumiałem, oznaczało sposób życia. Mieliśmy jakiś specjalny?

– Chodzi o to, że się tobą wyręczam i orzę w ciebie, nie interesując się domem, jak na kobietę przystało – wyjaśniła z ożywieniem Marysia.

Już nie przysypiała na stojąco, krew w niej zawrzała na wspomnienie tego, co sugerowała nasza babcia. Tak dla wygody nazywaliśmy między sobą moją matkę, osobę wcale niestarą i na chodzie. Brzmiało to lepiej i cieplej niż teściowa, więc się przyjęło. Nasza babcia miała tysiąc zalet i jedną wadę. Uważała, że jej jedyny syn, czyli ja, trafił na wyjątkowo leniwą kobietę, która zamiast się nim zająć i zaopiekować w zastępstwie matki, nagania go do domowej roboty. Ja tam nie czułem się poganiany ani poszkodowany, próbowałem tłumaczyć to mamie, ale nie przyjęła tego do wiadomości.

– Zakochany mężczyzna jest skłonny do wielu poświęceń, kiedyś przejrzysz na oczy i przyznasz mi rację – powiedziała kiedyś protekcjonalnie.

Strasznie mnie ubodło, że uważa mnie za idiotę męskiego rodzaju. Pamiętałem tę odzywkę, mimo że upłynęło prawie dziesięć lat. Więcej na ten temat nie rozmawialiśmy, tylko nasza babcia pozwalała sobie od czasu do czasu na uwagi świadczące o tym, że nadal tkwi w okopach tradycjonalizmu i nie zamierza ich opuścić. Tak mnie wychowała, robiąc wszystko, co „do niej należało”.

Spełniała się w roli matki i żony, opierała nas z ojcem, podawała na stół gotowe dania, patrzyła na ręce jak małym chłopcom, gdy robiliśmy sobie sami kanapki. Nie lubiła, jak kręciliśmy się po kuchni, robiliśmy bałagan i niewłaściwie używaliśmy noża.

Z domu wyszedłem więc w przekonaniu, że tak będzie zawsze, toteż kiedy zamieszkałem z Marysią, z pełnym zaufaniem oddałem w jej ręce domowe stery. I naciąłem się tak, że szkoda gadać. Na grzeczne i głodne pytanie „co dziś na obiad”, dostałem kiedyś takie spojrzenie, że hej. Marysia nie przyszła na świat z zamiłowaniem do garów i też miała mamę podobną do mojej.

Mamy za sobą wiele kryzysów małżeńskich

W jej przypadku, podobnie jak w moim, dobry przykład nie zadziałał, bo zabrakło praktyki. Za to znalazła się motywacja, bo dwoje, choćby nie wiem jak zakochanych ludzi, jeść jednak musi, a i czyste ubrania by się przydały. Podzieliliśmy zatem między siebie obowiązki, ścierając się przy tym tak, że jeśli wtedy się nie rozstaliśmy, to teraz nic nam już nie grozi. Kryzysy, i to liczne, mamy za sobą.

Na szczęście, na początkowym etapie naszego związku moja mama nie interweniowała w obronie syna, rzadko u nas bywała, więc nie zdawała sobie sprawy, jak wygląda nasza codzienność, a mama Marysi mieszkała za daleko, by czuć się odpowiedzialna za nasze wyżywienie. Zostaliśmy z tym sami i musieliśmy sobie poradzić, skoro chcieliśmy zostać razem. A chcieliśmy i to bardzo.

Teraz myślę, że mieliśmy farta, bo sprawy mogły potoczyć się zupełnie inaczej. A tak, oboje zjednoczyliśmy wysiłki i udało nam się stworzyć całkiem zgrabnie funkcjonujący duecik. Schody zaczęły się, gdy Franek zawitał na świat i nasza babcia poczuła się w obowiązku pomagać świeżo upieczonej mamie. Zastała mnie w domu, przy prasowaniu kaftaników i pieluch, bo na początku używaliśmy tetry.

Franio wymagał specjalnego pieluszkowania, na grubo, tak by nóżki miał rozłożone jak żabka, a że lał niefrasobliwie, moczył niezliczoną liczbę pieluch. Praliśmy i prasowaliśmy je jak szaleni, w każdej wolnej chwili, w czym przodowałem, niestety ja, bo Marysia w kółko karmiła małego. I na tym właśnie, mało męskim zajęciu przyłapała mnie mama. Nigdy nie zapomnę wyrazu jej twarzy, podobny miała, jak nie zdałem w technikum do drugiej klasy. Normalnie świat jej się zawalił, wszak nie po to syna wychowała, żeby teraz tak się męczył.

To chyba cud, że nie dałem się podpuścić, ale za bardzo zależało mi na Marysi i Franku. Poza tym odkryłem, jak bardzo jestem im potrzebny. Czułem się za nich odpowiedzialny jak prawdziwy mężczyzna. Miałem syna i żonę, własną rodzinę, o którą dbałem najlepiej, jak potrafiłem. Pewnie, że obowiązki były nużące, czasem padałem z nóg, złościłem się i buntowałem. Ale bez przesady, bo nie byłem już chłopcem, który nie chce wynieść śmieci, żeby pomóc mamie.

Ja nie pomagałem Marysi, tylko razem z nią budowałem nasze życie

I dostałem nagrodę, nawet dość szybko. Franio miał trzy miesiące, kiedy wieczorem odwiedził nas kumpel z żoną. Kolację przerwał nam wściekły wrzask Frania, który zawiadamiał, że nie zamierza dłużej tolerować samotności, nawet o tak późnej porze.

– On nie śpi w nocy? – spytał z troską kumpel, jakby nie miał własnej, dwuletniej wówczas, córeczki.

No, chyba że mała nie budziła się w nocy, w co nie uwierzę. Spojrzałem na niego jak na idiotę i zmilczałem.

– Lubi się poawanturować, trenuje płuca – powiedziałem, wstając.
– Zostań, przecież Marysia pójdzie – zatrzymał mnie kumpel. – Mama szybciej go uspokoi.
– U nas jest odwrotnie, Franek czerpie poczucie bezpieczeństwa od taty, przytula się do jego klaty i zasypia – zaświergotała słodko Marysia.

Przyjrzałem się, czy nie trzepocze rzęsami, ale nie, nie musiała. I tak dobrze jej wyszło.

Staramy się uczyć Franka samodzielności

Franek na mój widok od razu przestał się wydzierać i zaczął wyczekująco posapywać, produkując banieczki śliny. Chciał, żeby go wziąć na ręce. No to wziąłem i poszedłem z nim do gości. Mina kumpla była bezcenna, gdy ułożyłem sobie wprawnie syna na podołku i zacząłem ostrożnie jeść. Franio siedział cicho, odprowadzając zazdrosnym wzrokiem widelec i przysłuchując się rozmowie dorosłych, a potem znudzony wywodami obcego pana, zasnął jak kamień. Odniosłem go do łóżeczka, czując się jak zwycięzca.

Mój syn miał do mnie zaufanie, nauczył się, że w moich objęciach jest mu równie dobrze jak u mamy. Czy wszyscy ojcowie mogli to o sobie powiedzieć? No i Marysia. Była i jest kobietą, z którą mógłbym zdobywać ośmiotysięczniki. Wiem, że oprócz Franka, jestem dla niej najważniejszy, wystarczy, że dostanę kataru i już widzę w jej oczach zaniepokojenie. Zmienia się w troskliwą matkę, przynosi, podaje, nie muszę palcem kiwnąć. Inna sprawa, że jakakolwiek dolegliwość wyzwala we mnie strach przed nieuniknionym, zmieniam się w jęczącą zrzędę, bo nie lubię, kiedy cokolwiek mnie ogranicza.

Marysia cierpliwie znosi moje fochy, czekając, aż wrócę do formy. Nie jest taka święta, odwdzięczyła mi się teraz, jak zaszła w ciążę, ale ja też postanowiłem przeczekać. Raz z górki, raz pod górę, na tym polega życie. Długo czekaliśmy na drugie dziecko, a jak już wreszcie się udało, okazało się, że Marysia musi bardzo na siebie uważać. Na szczęście mogła pracować w domu, bo inaczej chyba by nas rozniosła, moja żona nie znosi bezczynności. Niedługo przed oczekiwanym porodem potrzebna nam była dodatkowa pomoc, którą zaoferowała moja mama, no i zaczęły się tarcia, drobne, lecz uciążliwe.

– Babcia mówiła, że nie mogę sobie zrobić kanapki, bo dziecku nie daje się noża do ręki – skarżył się nam na przykład Franek.

Wychowywaliśmy go tak, by stosownie do wieku radził sobie w różnych sytuacjach, więc nie rozumiał, dlaczego odbiera mu się przywileje. My też nie rozumieliśmy, ale jak to wytłumaczyć naszej babci? Była przyzwyczajona do innych standardów i bardzo chciała być niezastąpiona. Marysia z cicha zgrzytała zębami, Franek się buntował, a babcia czuła się nierozumiana i nieszczęśliwa. Nikogo ta sytuacja nie zadowalała.

Może stań na taśmie, będzie szybciej…

W dziewiątym miesiącu oczekiwania na dziecko Marysia została zwolniona z obowiązku polegiwania, zastałem ją w kuchni mieszającą coś w garnku. Obok stała nasza babcia, patrząc jej na ręce, co doskonale znałem z czasów, gdy mieszkałem w domu. Doskonale wiedziałem, jakie to jest wkurzające.

– Usiądź, mamo, odpocznij – poprosiłem, podsuwając jej krzesło.

Marysia zawołała Franka na obiad, a ja wyjąłem talerze.

– Mam siedzieć bez zajęcia? – fuknęła niezadowolona babcia. – Chciałam pomóc, ale jak nie jestem potrzebna, to idę do domu.
– Stań na taśmie – poradził jej Franek, wchodząc do kuchni. – Przy końcu blatu, będziesz odbierać talerze – wyjaśnił, widząc, że nie rozumie.

Dzielił się z babcią własnym doświadczeniem. „Taśmę” wymyśliła Marysia, żeby zabawić dziecko i nauczyć je przy okazji, co trzeba zrobić, jak się chce przygotować jedzenie. Najpierw robiliśmy kanapki, Franek smarował chleb masłem, ja dokładałem ser lub wędlinę, Marysia zdobiła je pomidorem lub ogórkiem. Zamienialiśmy się miejscami, wygłupialiśmy, bałaganiliśmy, ale zabawa była przednia, a Franek się uczył.

Teraz sprzedawał babci patent na pracę w zespole. Nie skorzystała, więc żeby jej pokazać, co traci, ustawiliśmy się rzędem, nakładając jedzenie na talerze.

– To może zrobić jedna osoba – zawołała z niezadowoleniem.
– I robi – odparła Marysia z cierpliwością, za którą byłem jej wdzięczny. – Tak pracujemy, ucząc Franka.
– I teraz on umie! – dorzucił syn.

Jak na ośmiolatka miał naprawdę zadziwiające odzywki. Pokazaliśmy jak bardzo jesteśmy zgrani, ale jeśli myślałem, że zadowolę rodzicielkę, byłem w błędzie. Przestała do nas przychodzić, co na początku przyjęliśmy z niewdzięczną ulgą, ale po kilku dniach Marysia zaczęła mi suszyć głowę. I tak miałem zamiar do babci pojechać, ale miło mi było, że i żona o tym pomyślała. Tchórzliwie zabrałem ze sobą Franka, licząc na to, że jego dziecięcy wdzięk wpłynie na skruszenie lodów. Zaskoczyliśmy babcię niespodziewaną wizytą, była w domu, ale nie sama.

– Odwiedził mnie Jurek, przyjaciel twojego ojca – przedstawiła mi znanego z dawnych lat jegomościa.
– To miłe z pana strony – uścisnąłem mu dłoń, czując rosnące podejrzenie.

Tak nagle się pojawił? Czego chciał?

– Babcia ma narzeczonego – zaśpiewał Franek, gdy wróciliśmy do domu.
– Poważnie? Megawiadomość, kto to jest? – ożywiła się Marysia.
– Nie róbcie plotek – skarciłem ich. – To znajomy, ale tak nagle sobie przypomniał? Może ma w tym jakiś interes, będę monitorował sytuację.

Marysia roześmiała się serdecznie, jakbym powiedział dowcip.

– Twoja mama jest ładną, samotną kobietą i ma prawo do własnego życia. Nie twój interes, z kim się spotyka.
– Ożenią się? – drążył Franek.
– Czy to poważne? – dołożyła z zainteresowaniem Marysia.

No tak, tych dwoje z niewinnego spotkania zrobiło gorący news. Jeśli dotrze to do uszu zainteresowanej, nie chciałbym być w naszej skórze. Późnym wieczorem długo szeptaliśmy, Marysia chichotała, ja nalegałem, żeby nie poruszać tego tematu, bo jak się Franek wygada… Ten argument do niej przemówił i wokół narzeczonego naszej babci zaległa cisza.

Czy ja dobrze słyszałem? Babcia jest z nas dumna?

Dni biegły i wreszcie się doczekaliśmy, Marysia poczuła bóle. Zawiozłem ją do szpitala, wykonując przedtem umówiony telefon alarmowy do mamy, by przyszła do Frania. Była w drodze, gdy okazało się, że musimy jechać albo będę odbierał poród własnoręcznie. Niedługo potem babcia zadzwoniła, że jest już z wnukiem, mogłem więc skupić się na Marysi. Kiedy nazajutrz wróciliśmy do domu, czekała nas niespodzianka.

– Narzeczony przywiózł babcię i został – poinformował nas Franek donośnym szeptem. – To ta siostrzyczka? – zainteresował się tłumoczkiem, porzucając interesujący temat. – Dlaczego taka mała?

Zgłaszał też inne pretensje dotyczące wyglądu siostry, zostawiłem go Marysi i poszedłem obejrzeć faceta, który już zdążył wpasować się w rodzinę. Mamę zastałem oczywiście w kuchni, szorowała w zlewie talerze, jakbyśmy nie mieli zmywarki. Pan Jurek przyglądał się jej z upodobaniem, siedząc wygodnie na krześle.

– Nudzisz się? Stań na taśmie – zaproponowała mama z figlarnym błyskiem w oku, jakiego dawno u niej nie widziałem.
– Że co? – pogubił się pan Jurek.
– Na końcu blatu – podpowiedział mu Franek mający niebywałą umiejętność pojawiania się tam, gdzie go nie posiali.
– Ze ściereczką, będziesz wycierał do sucha – uzupełniła babcia.

I pan Jurek zrobił, co kazała, co ostatecznie upewniło mnie co do jego zamiarów.

– Ładnie razem wyglądają – szepnęła mi do ucha Marysia, stając obok z niemowlęciem.

Objąłem ją, drugą ręką przygarnąłem Franka. Opierał się tylko trochę.

– Niech się uczy, jak chce się wkręcić do rodziny – odszepnąłem.

Para przy zlewie odwróciła się i nasza babcia powiedziała:

– Rodzina mojego syna w komplecie, jestem z nich bardzo dumna.

Nie wierzyłem własnym uszom. A więc jednak! Cuda się zdarzają.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.  

Related Posts