„Chcę namiętnego kochanka, a nie dziadka w kapciach, który całuje w czółko. 63-latce już nie wypada?”

Mam dość sugestii, że w moim wieku to trzeba szukać sobie towarzysza do niedołężności. A ja pragnę emocji, uniesień, wiosny w życiu. Szkoda, że Cezary robi z siebie starca, a sypialnia stygnie. Poszukam kogoś innego, kto będzie chętny…

Uwielbiam wiosenne poranki, gdy niskie słońce atakuje kuchnię i rozświetla ją w natarczywy, bezczelny sposób. Wstaję wtedy dużo wcześniej niż zwykle, parzę kawę i zasiadam przy starym drewnianym stole. Wsłuchuję się w śpiew ptaków za oknami. Odganiam resztki snów. Wspominam dawne czasy.

– A ty mi się tu za bardzo nie smuć, Lila. I włóż coś, zmarzniesz w tym szlafroku – słyszę ciepły głos mojego męża nieżyjącego od 19 lat.

– Wcale się nie smucę. Już twoje odejście dawno przebolałam – sama sobie się dziwię, że potrafię to ot tak, wypowiedzieć, prawie że na głos.

– Przecież wiem, widzę. I dobrze. Trzeba żyć, skoro można. Nie chcę, byś grzebała się w przeszłości. Nigdy nie lubiłem sentymentalnych bab. Ubieraj się i do roboty, dziś przyjeżdża Cezary.

– Jeszcze chwilę. Kilka chwil…

– Jak chcesz. To twój dzień, twoje życie. Od ciebie zależy, co z nim zrobisz.

Znika, potem długo się nie zjawia, a mnie to wcale nie dziwi.

Zawsze był kapryśny i nieobliczalny

Lubił sprawiać mi niespodzianki, czasem przyjemne, a czasem tragiczne. Tak, tego dnia miał przylecieć Cezary. To nie tak, że mój zmarły mąż musiał mi o tym przypominać, od dawna przeżywałam czekające mnie spotkanie. Czarek mieszka w Paryżu i rzadko mnie odwiedza, najwyżej cztery razy w roku. Zimą jeździmy razem na narty, latem na Mazury. Czasem wpada na święta.

Naturalnie cieszyłam się na jego przyjazd. Już kilka dni wcześniej zaczęłam się przygotowywać. Umyłam okna, wysprzątałam każdy kąt, odświeżyłam najlepszą pościel. Zrobiłam zakupy – po raz kolejny zamierzałam ugotować coś absolutnie wyjątkowego i w związku z tym po raz kolejny przejrzałam tysiąc przepisów nagromadzonych przez całe życie i po raz kolejny niczego ciekawego nie znalazłam. Co ja gotowałam w tych dawnych latach? Jurek, mężu mój, wybacz!

Ale mimo że dzień zapowiadał się podniecająco, nie miałam ochoty zrywać się od stołu. Gdzie się śpieszyć i po co? Cezary miał przylecieć dopiero po południu, by wprowadzić w moje życie zamieszanie i budzącą dreszcz ekscytację – na całe kilka dni. Jeszcze się chciałam odrobinkę pokisić w tym jedynie moim, babskim świecie, zanim wpuszczę tu mężczyznę, zanim wszystko zacznie się kręcić wokół niego.

Cezary to dojrzały 60-latek, ojciec dorosłej córki, artysta. Tak jak ja owdowiał wiele lat temu. Jakiś czas później ożenił się drugi raz, a następnie po kilku latach rozwiódł. Potem już dał sobie spokój z formalnymi związkami, ale był jeszcze w kilku. Nie opowiadał o nich wiele, nie mam pojęcia, dlaczego się rozwiały. Ja nosiłam żałobę długo i postanowiłam nawet dokończyć żywota w samotności. Szczególnie że, po początkowych oporach, w jakiś przewrotny sposób ją polubiłam.

Jestem niby kobietą wesołą i towarzyską, z Jurkiem mieliśmy szerokie grono znajomych i mamy je nadal z Czarkiem. Jednak, odkąd zostałam wdową, na co dzień unikam ludzi, wystarczają mi rzadkie i raczej naskórkowe kontakty, głównie związane z wakacjami, poza tym przede wszystkim telefoniczne.

Gdy Cezary jest w Paryżu, nie spotykam się prawie z nikim. Polubiłam spokój i ciszę. Jest mi dobrze w moim małym domku zamieszkanym przez duchy przeszłości.

Nie ma co, obsługę ma tutaj prima sort!

Nie sądzę, że gdyby mój „dolatujący” kochanek zaproponował mi wspólne życie, zgodziłabym się na tę propozycję. Poza wszystkim jestem od niego o trzy lata starsza. To duża różnica – w naszym wieku i w naszej sytuacji; kobieta jest zawsze starsza, a co dopiero, gdy się doda całe trzy lata. I już bym chyba nie chciała mieć w domu faceta na stałe.

– Nie boisz się tego, że jesteś sama? Stać cię na fajnego mężczyznę – przy boku, nie gdzieś tam w dalekim kraju. Jesteś jeszcze atrakcyjną kobietą, ładną, zdrową, mogłabyś się dobrze bawić.

Takie mniej więcej słowa wciąż słyszę od koleżanek. Nie dziwę się, mają mężów i przekonanie, że chronią je oni przed całym złem świata. A ja wiem, jakie to kruche, ulotne. Dzisiaj jest, jutro nie ma. Starość to kraina wdów. A poza tym – miałabym się z kimś wiązać z przezorności? Na wszelki wypadek? Dokonywać handlowej transakcji? Nie.

A bawię się lepiej, niż przypuszczają te moje biedne stare kumy. Gdyby miały wgląd do mojej sypialni! Ja się w Cezarym swego czasu naprawdę zakochałam i nadal kocham się w nim po uszy. Namiętnie.

Tworzymy parę dlatego, że moje emocje, które zdawały się wystygłe, nagle, niespodziewanie ożyły – na tyle, że w końcu urwały się ze smyczy. Puściłam je i poleciały, nie dały się ujarzmić. Kocham tego faceta późną miłością, która nie ma nic wspólnego z żadną transakcją, ani między nami, ani między mną a losem. Czarek nie ma być „zabezpieczeniem na stare lata”. Nie życzę sobie oglądać go w wydeptanych papuciach, nieogolonego, zrzędzącego. Ma być zmysłowym kochankiem, powiewem silnego wiatru w mojej spokojnej przystani.

– Jak zawsze cudnie. Twój dom jest zachwycający, taki czysty, jasny, uporządkowany. Dobrze się tu czuję!

Raźnym krokiem biegał między przedpokojem a sypialnią, jednocześnie sięgając po coś z walizki (upominek dla mnie, perfumy) i po to coś nalane do szklanki. Opróżniał już trzecią, whisky z lodem jak zawsze, był radośnie podniecony i bardzo gadatliwy, chyba w samolocie też coś wypił. Szykowałam kolację, odstawiona w najładniejszą sukienkę i najlepszą zebraną w życiu biżuterię: na nadgarstkach pobrzękiwały mi złote koła, w uszach ciążyły szlachetne kamienie. Włosy rozpuściłam jak dziewczyna i pilnowałam, by nie powpadały do garnka.

– A u mnie wieczny bałagan. Kręgosłup mi trzeszczy, nie czuję się na siłach, by zamieść podłogę, muszę wreszcie kogoś zatrudnić, bo zarastam brudem. Stary jestem, Lila.

– Ty i starość! Czaruś jak zwykle. Nie wiesz nawet, o czym mówisz.

– A jednak… Czuję się, po prostu czuję się stary. Niedołężny. Wszystko mnie boli, nie chce funkcjonować. Zaczynam różne rzeczy zapominać. Ostatnio nie mogłem sobie przypomnieć nazwy kieliszka. Trzymałem go w ręku, ale nie pamiętałem, jak się to naczynie nazywa. Koszmar.

– Najważniejsze, że nie zapomniałeś, do czego służy. Nie przejmuj się.

Trochę mnie zabolało, że w tym całym zalewie słów ani jednego nie poświęcił mnie, temu jak wyglądam, jak mnie znajduje na wiosnę. Tak bardzo się postarałam, żeby go olśnić, a ten nic. Czekałam na ślady zainteresowanie moją osobą, a tymczasem słuchałam peror na tematy związane z jego rzekomo sypiącym się zdrowiem. Zjedliśmy kolację, wypiliśmy morze alkoholu (dla mnie był to nawet ocean, bo w ogóle mało piję). Czarek w końcu padł.

– Wybacz, kochanie. To był męczący dzień, wcześnie wstałem…

– Jasne, oczywiście, masz prawo być zmęczony. Tylko rozbierz się i połóż do łóżka.

– Nie mam siły. Zostanę na kanapie, jest taka wygodna. Dobranoc, najmilsza.

Zawód na całej linii. Jeszcze cztery miesiące temu konsumował mnie zamiast kolacji. No, powiedzmy, przed kolacją. Nie mógł się doczekać, nie mógł wytrzymać. A teraz? Dobranoc, kochanie…

Następnego ranka wpadł w wir obowiązków

– Lileczko, obawiam się, że wrócę dopiero wieczorem. Muszę odbyć parę oficjalnych spotkań, a potem będzie już nieoficjalnie. No wiesz, muszę się zobaczyć z chłopakami.

Jak zwykle. Tyle że zwykle koledzy ze studiów mogli poczekać, póki my się sobą nie nacieszyliśmy.

Wrócił późnym wieczorem. Znowu pijany.

– Masz dużo lepsze zdrowie, niż sądzisz.

Ale jednak pochorował się i następnego dnia głównie spał. Po czym znowu wpadł w odmęt koniecznych spotkań.

– Masz tu dobry hotel – nie mogłam ukryć rozgoryczenia.

Od kilku dni robiłam za kucharkę, pokojową, tudzież pielęgniarkę, ale ani trochę za kochankę. Każdy pretekst był dobry, by ze mną nie spać. Zmęczenie, kac, cokolwiek. Czułam się coraz bardziej rozżalona i przybita. Niewątpliwie działo się coś złego.

– Znakomity. Pięć gwiazdek. Dzięki, Lila, jesteś dla mnie taka dobra.

Dobra! I do tego miła, nieprawdaż? Udawał, że nie rozumie, co chcę powiedzieć i jaki rodzaj tęsknoty przeze mnie przemawia? Jakby nigdy w życiu nie było między nami namiętności i naprawdę udanego seksu. Szalonego. Jakbyśmy byli rodzeństwem nieomal. Nienawidzę obłudy i atmosfery niedopowiedzeń.

– Rozumiem, że wygodnie się w nim zatrzymać, ale ściśle rzecz biorąc, ten dom jednak hotelem nie jest.

– Domyślam się, do czego pijesz.

– Sorry, to ty głównie pijesz.

Uśmiechnęłam się, wolałam uciec w inny temat, w ostatniej chwili zabrakło mi odwagi, by otwarcie domagać się miłości.

– Chciałem o tym z tobą porozmawiać od razu pierwszego dnia, ale to takie niezręczne. I bardzo trudne dla faceta.

– ?

– Widzisz, czyniłem aluzje do mojej starości i kłopotów ze zdrowiem. Zatrzymałem się na postępującym niedołęstwie…

– Przestań, proszę, nie jesteś żadnym niedołęgą!

– Jestem. Stałem się niedołęgą w łóżku. Lekarz nie pozostawił mi złudzeń. To jest związane z wiekiem, naturalnie, ale również z tą cukrzycą, co mi się zaczęła, wiesz.

– Dlaczego nic mi nigdy nie powiedziałeś? O wizycie u lekarza, o jego diagnozie? Moglibyśmy pomyśleć, co jeszcze można zrobić.

– No właśnie chciałem, tylko nie wiedziałem, jak zacząć. To naprawdę niełatwe. Krępuję się o tym rozmawiać, nawet z tobą, kochanie. Szczególnie z tobą. Chociaż wiem, że to jak najbardziej ciebie dotyczy.

Niestety, nie wróciliśmy więcej do tematu

Każda próba z mojej strony kończyła się jego szybkim wycofaniem z rozmowy. Ogarnęła mnie totalna bezradność. Z jednej strony współczucie dla niego, przystojnego mężczyzny w tak zwanym słusznym wieku, z drugiej – przerażenie, że już nigdy… To takie nagłe, prawdziwa katastrofa. Pyk i okazuje się, że być może nie zaznam już w życiu seksu. Skończyło się.

Ale przecież nie jestem nastolatką i wiem, że nawet impotent potrafi zaspokoić kobietę, jeśli chce, tymczasem mój kochanek nawet nie próbował się do mnie zbliżyć. Gdy kładliśmy się do łóżka, natychmiast odwracał się na drugi bok. To było upiorne, koszmarne. Nigdy w życiu żaden facet tak mnie nie traktował.

Uspokajałam się, że być może Cezary jest w szoku, że ten szok minie, jak i cały wstyd, skrępowanie. Wtedy będziemy mogli o tym wszystkim pogadać, zastanowić się, co jeszcze można zrobić. Teraz jest pewnie na to za wcześnie, jego rana zbyt świeża.

Wyraźnie słyszałam gdzieś w tle kobiecy głos

Najwięcej czułości okazał mi na pożegnanie. Przytulił mnie mocno, a ja przywarłam do niego jak niegdyś, całą sobą. Wciąż wierzyłam, na przekór wszystkiemu, że coś w nim drgnie, że historia, którą mi opowiedział, okaże się jakimś ponurym głupim żartem. Wybaczyłabym.

Nic nie drgnęło, ale zagłębił rękę w moje włosy i ta pieszczota, chyba jedyna, jaką mi ofiarował przez cały swój kilkudniowy pobyt, musiała wystarczyć. Miałam ochotę zawyć jak zranione zwierzę. Oczywiście się opamiętałam. Jestem kulturalną i łagodną kobietą. A również rozsądną. To, co ma mi wystarczyć, MUSI mi wystarczyć. Jakie mam inne wyjście?

Scenariusz kolejnej wizyty był w zasadzie identyczny, i jeszcze następnej. Cezary spotykał się ze starymi kumplami, resztką rodziny, jaka mu została, załatwiał swoje sprawy. Jak co roku, pojechaliśmy razem na wakacje. Było wesoło w gronie moich starych przyjaciół, których Czarek bardzo lubi i z wzajemnością. Czasami, uwolniona od skrępowania po jakimś drinku, zaczynałam krążyć wokół „tematu”. Zawsze zgrabnie się wywijał. I tyle. Zostaliśmy dobrymi przyjaciółmi. Tak się mogło wydawać.

Aż do momentu, gdy przyszła mi do głowy rewizyta. To było podczas kolejnego spotkania, w Boże Narodzenie.

– Już tak dawno nie byłam u ciebie. Zobaczyłabym znowu Paryż, stęskniłam się za tym miastem. I powinnam przypomnieć sobie francuski.

Zrobił bardzo dziwną minę. Nieprzeniknioną, obojętną i zimną.

– No wiesz, jeśli nie chcesz… – wycofałam się natychmiast w popłochu.

– Chcę, jasne, że chcę – opanował się szybko, ale nie w stu procentach, wciąż był bardzo zmieszany. – Tylko że u mnie taki bałagan straszny. Uciekniesz z krzykiem, jak tylko staniesz w progu i to zobaczysz. Poza tym jest zima, to zła pora.

– Więc posprzątaj wreszcie. A ja ci pomogę. Wiesz, że dla mnie Paryż jest piękny o każdej porze. Ostatecznie mogę przecież poczekać do wiosny.

– Tak, lepiej do wiosny, pogadamy jeszcze o tym, będzie czas.

Tylko że nie pogadaliśmy. Po powrocie do domu Czarek stał się mniej osiągalny. Jeszcze mniej, bo tak się już wcześniej utarło, że to zwykle on dzwonił, nie ja. Wyłaniał się dla mnie z nawału zajęć. Nawał musiał gwałtownie spotężnieć. A potem przyszła zaraza i już nie było szans na Paryż.

Odniosłam wrażenie, że Czarkowi ulżyło

– Nieprędko wznowią międzynarodowe loty. Zresztą i tak strach podróżować. Bo i po co? Gdy ostatnio rozmawialiśmy, wyraźnie wpadł mi w ucho czyjś kobiecy głos. Na pewno nie sprzątaczki.

– To telewizor – odpowiedział poirytowany na moje pytanie.

Zdaje się, że wiem już wszystko. Czuję się upokorzona. Powinnam zerwać. Jak dalece można się posunąć w akceptowaniu tej nieczystej gry? I czy naprawdę musi mnie oszukiwać, po tylu latach? Nie moglibyśmy porozmawiać szczerze? Znowu jest wiosna i wcześnie wstaję, by łapać płaskie promienie słońca wpadające przez kuchenne okno. Nie wychodzę zbyt wiele, źle się czuję w maseczce, a jestem w grupie ryzyka, oczywiście. Przybył mi kolejny rok.

Zadzwonił telefon. Kilka, kilkanaście sygnałów. Z ciężkim sercem, ale jednak odebrałam. Bierz, co dają, Lilka.

– Dzień dobry, kochanie. Jak tam spanko? Dobrze się czujesz?

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.  

Related Posts